Dziś opowiemy Wam o jednej z najbardziej spektakularnych przygód, jakie można przeżyć w Wiecznym Mieście: wspinaczce na kopułę Bazyliki św. Piotra! Będzie trochę potu, sporo westchnień (nie tylko z zachwytu), kilka momentów zadumy i niemało okazji do śmiechu. A po drodze? Mozaiki, które pamiętają jeszcze cesarzy, świętych i średniowieczne remonty. Zapraszamy na wycieczkę pełną schodów, sztuki i zadyszki!
Na początek bilet. O tak, Watykan, mimo swej duchowości, jest jak każde dobre muzeum: najpierw kasa. Gdzie jej szukać? Musicie udać się na prawo od głównego wejścia do bazyliki, obejść ją z boku, niczym kot zakradający się do spiżarni i dotrzeć za prawą elewację. Jeśli kiedyś wychodziliście z Grot Watykańskich, to znacie trasę. Szlak jest dobrze oznakowany, opleciony świętym sznurem organizacyjnym i prawie zawsze okupowany przez kolejkę turystów, którzy wyglądają jakby czekali na objawienie. Ale spokojnie, to objawienie estetyczne czai się tuż obok, na ścianie po prawej stronie!
Tak, czekając, warto odwrócić wzrok od smartfona i spojrzeć na mozaiki. To nie są zwykłe dekoracje. To relikwie sztuki, przeniesione ze starej, jeszcze konstantyńskiej bazyliki św. Piotra. Czujecie to? Czwarty wiek naszej ery! A oto, co możemy tam zobaczyć:
-
„Obmywanie Dzieciątka Jezus”,
-
„Chrystus Błogosławiący”,
-
„Św. Piotr wygłaszający kazanie do Rzymian”,
-
„Jan VII w kwadratowej aureoli”.
I dalej:
-
„Anioł” z mozaiki „Navicella” autorstwa Giotta, a więc Giotto di Bondone, ten sam, którego uważa się za ojca renesansu. Oryginalna mozaika była monumentalna, pełna dramatyzmu i niestety przepadła w większości. Został nam Anioł.
-
„Głowa św. Piotra” z V wieku, z dawnej bazyliki św. Pawła za Murami, unikat w stanie niemal idealnym, tylko lekko nadgryziony przez wieki.
-
„Głowa św. Bernardyna z Clairvaux” i „Głowa Cherubina”, dzieła, które przypisuje się Melozzo da Forlì, mistrzowi perspektywy i anielskich fryzur. Oba kawałki pochodzą z kaplicy św. Michała.
Po takim wprowadzeniu duchowo-estetycznym… wchodzimy w tryb „biletowy”. Są dwie opcje: dla twardzieli i dla pragmatyków.
-
Bilet pieszy: całość pokonujemy na nogach, 537 schodów. Nie, nie żartujemy.
-
Bilet z windą: podrzuca nas ona tylko do dachu bazyliki, czyli eliminuje 217 schodów. Ale uwaga, to nie znaczy, że reszta to spacerek! Zostaje nam jeszcze 320 schodów, czyli wystarczająco dużo, by przemyśleć swoje życiowe decyzje.
Winda kończy kurs na dachu, gdzie czeka nas dwustronna rampa schodowa. Brzmi elegancko, ale to dopiero preludium. Bo dalej… zaczyna się prawdziwa przygoda. I ostrzegamy całkiem serio, nie każdy powinien iść dalej. Jeśli masz problemy z sercem, ciśnieniem, błędnikiem, klaustrofobią, albo gdy ostatni raz ćwiczyłeś w podstawówce zastanów się dwa razy. Korytarze są wąskie, strome, miejscami skośnie nachylone, jakby ktoś projektował je po kilku kieliszkach lacryma Christi.

Na ostatnim odcinku, wąskie schody z liną po środku, którą należy się trzymać jak relikwii. Odwrót? Nie ma. To jak spowiedź, jak zaczniesz, musisz skończyć.
Ale jeśli masz w sobie ducha pielgrzyma i siły młodego gladiatora, idź! Bo nagroda czeka.
Zanim jednak dotrzemy na szczyt, z dachu bazyliki wchodzimy do wnętrza kopuły, do pierwszej wewnętrznej galerii, zawieszonej 53 metry nad posadzką. Tu serce bije mocniej, a oczy robią się wielkie, widok na wnętrze świątyni, złocenia, mozaiki, monumentalność, wszystko to z lotu ptaka. A raczej z lotu Michała Archanioła.

Jeszcze wyżej, na 73 metrach, znajduje się druga galeria, niestety zamknięta dla śmiertelników. Tam tylko aniołowie, konserwatorzy i, być może, bardzo zdeterminowani zakonnicy.
Po krótkim odpoczynku… czas na ostatni etap wspinaczki na sam szczyt latarni kopuły! To właśnie stąd rozciąga się najpiękniejszy widok na Rzym:


Całe miasto leży u stóp Bazyliki, z jej kolumnadą Gianlorenza Berniniego obejmującą tłumy jak matczyne ramiona. Widać Tyber, Zamek Anioła, Wzgórze Janikulum, dachy Rzymu, drzewa pinii, czubki i kopuły innych kościołów, które próbują być jak ta jedna, ale nigdy nie dorównają jej majestatowi.
To nie tylko panorama, to objawienie. Zachwyt. Kontemplacja. A potem? Czas zejść ostrożnie, trzymając się liny i z poczuciem, że właśnie uczestniczyliśmy w rytuale, który łączy ciało, ducha i wytrzymałość ud.
Zostawiamy Was zatem z zachwytem na twarzy… i lekką zadyszką. Do usłyszenia niebawem, a może na szczycie!
——————————-
Podoba Ci się Spacerownik po Rzymie? Postaw nam kawę, przy kawie teksty szybciej się piszą 😜
Bibliografia:
- Leonardo Benevolo, San Pietro e la città di Roma, Bari 2004;
- Gianfranco Spagnesi, Roma: la Basilica di San Pietro, il borgo e la città, Roma 2003;