Pigna – czyli po prostu „Szyszka” – to jedna z 22 historycznych dzielnic, na jakie podzielono serce Wiecznego Miasta, czyli centro storico Rzymu. Już sama nazwa brzmi swojsko i smakowicie – niemal jakby ktoś planował tu założyć sad z drzewami piniowymi i produkować własne pesto. Ale skąd naprawdę się wzięła?

Według jednej z wersji, nazwa pochodzi od rzeźby z brązu przedstawiającej ogromną szyszkę, która miała być niegdyś częścią fontanny zdobiącej Termy Agryppy. Teoria całkiem apetyczna, ale jak to często bywa z rzymskimi legendami – nie do końca trzyma się kupy. Wiadomo bowiem, że w połowie XII wieku, kiedy to szyszkę przeniesiono do Watykanu (gdzie do dziś dumnie stoi na Dziedzińcu Szyszki, czyli Cortile della Pigna), rejon ten nosił już inne miano.

Druga hipoteza – może mniej efektowna, ale za to bardziej prawdopodobna – mówi, że nazwa dzielnicy pochodzi od winnicy Tedemaro – Vigna Tedemari. I jak to bywa z włoskim językiem i dobrym winem – coś się przekręciło, coś się zamieszało, aż w końcu z „Vigna” zrobiła się „Pigna” i tak już zostało. Czyli nie żadna szyszka, tylko stara, porządna winnica! Gdzie zatem leży prawda? Jak zwykle w Rzymie – prawdopodobnie pośrodku, z kieliszkiem w ręku.

To właśnie tu, w tej skromnej dzielnicy Pigna, spróbujemy dziś odnaleźć mniej oczywiste perełki – te, które muszą znosić cień potężnego sąsiada: Panteonu, rzymskiej gwiazdy wagi ciężkiej. Zaczynamy tam, gdzie zakończyliśmy nasz poprzedni spacer – na Largo di Torre Argentina.

 

Largo di Torre Argentina – „Area Sacra”

Zwiedzimy go według planu:

Plan Area Sacra

Plac, który dziś widzimy, to dziecko XX wieku. Choć może nie wygląda, powstał dopiero wtedy, gdy właściciel tego terenu – z błogosławieństwem władz – rozpoczął wielką rozbiórkę wszystkiego, co stanęło mu na drodze. W 1926 roku, podczas burzenia kościoła San Nicola de’ Cesarini z XVI wieku, robotnicy dokopali się do czegoś, co przyprawiło archeologów o palpitacje serca: fragmentów starożytnych świątyń!

Zamieszanie było niemałe – zaczęto się spierać, co robić. W końcu – jak to we Włoszech bywa – sprawę musiał rozstrzygnąć ktoś „z góry”. I tak oto 22 października 1928 roku na plac wkroczył nie kto inny, jak sam Benito Mussolini – butny, owiany legendą (i dymem cygara), gotów rzucać decyzjami jak gromami. Jego werdykt? Ocalić! Prace archeologiczne trwały sześć miesięcy – i tak oto narodziła się słynna Area Sacra.

Z miejsca, w którym stoimy, możemy podziwiać ruiny czterech świątyń z okresu republikańskiego, a więc jeszcze sprzed narodzin Chrystusa! Co więcej – wystarczy spojrzeć w dół, by zauważyć, jak bardzo poziom gruntu podniósł się od tamtych czasów. To trochę jakby historia Rzymu była ciastem drożdżowym – warstwa po warstwie, stulecie po stuleciu.

Czas odgadnąć, co tu właściwie mamy przed oczami:

A) Świątynia Juturny

Bogini źródeł, fontann i wszelkich wodnych przyjemności w Lacjum. Patronka wodociągów i strażaków – taki starożytny odpowiednik MPWiK połączonego z OSP. Jej święto, Juturnalia, obchodzono 11 stycznia – zapewne z kieliszkiem (lub dzbanem) wody mineralnej w dłoni.
Ufundowana przez Kwintusa Lutacjusza Katulusa po zwycięstwie nad Kartaginą w 241 r. p.n.e.. Świątynia została odkryta jako pierwsza, bo to właśnie na niej stał późniejszy kościół.

B) Świątynia Fortuny Dnia Dzisiejszego (Fortuna Huiusce Diei)

Nieco inny Kwintus Lutacjusz Katulus (nie mylić z poprzednim) zbudował ją po zwycięstwie pod Vercellae w 101 r. p.n.e. Nazwa świątyni to istny hymn na cześć „tu i teraz”!
Tuż obok znaleziono gigantyczny marmurowy posąg kobiety – zapewne samej Fortuny. Sama głowa tej bogini mierzy 1,46 m wysokości, co czyni ją świetną kandydatką na starożytną miss gigantyzmu. Obecnie posąg można zobaczyć w Muzeach Kapitolińskich.

C) Świątynia Feronii

To prawdziwa matrona pól, lasów, źródeł i gajów – czyli wszystkiego, co zielone, dzikie i pachnące żywicą.
Najstarsza z całej czwórki, datowana na IV wiek p.n.e. – czyli czasy, gdy Grecy jeszcze budowali swoje klasyczne świątynie, a Rzym był prowincjonalnym ambitniakiem.

D) Świątynia Lari Permarini

Największa ze wszystkich świątyń na placu. Powstała w II wieku p.n.e. i była poświęcona larom opiekującym się morzami – idealne bóstwa dla żeglarzy i tych, którzy nie chcą, żeby ich towar utonął przed Ostią.

Po lewej: Świątynia Juturny; po prawej: Świątynia Fortuny Dnia Dzisiejszego
Po lewej: Świątynia Feronii; po prawej: Świątynia Lari Permarini

Po lewej stronie świątyni Juturny można dostrzec fragmenty kolumn, które niegdyś były częścią ogromnego portyku – Hecatostylum, czyli „ganek o stu kolumnach”. Brzmi jak nazwa luksusowego spa, ale było to coś znacznie poważniejszego.

Pozostałości portyku Hecatostylum

Ten portyk był częścią Curia Pompea, czyli senackiej siedziby przylegającej do Teatru Pompejusza. No i teraz uwaga – chwila ciszy i skupienia:

To tutaj, 15 marca 44 r. p.n.e., zasztyletowano Juliusza Cezara podczas posiedzenia Senatu.

Tak, dokładnie tutaj, w cieniu dzisiejszych ruin i gołębi, Brutus wraz z kompanią wbili sztylety w człowieka, który odważył się być zbyt wielki. I choć „Et tu, Brute?” to raczej wymysł Szekspira, niż cytat z Tacyta, to dramat rozegrał się naprawdę, dokładnie w tym miejscu.

A tak ten teren wyglądał w oryginale

Teren Area Sacra po swoim ponownym odkryciu w XX wieku może i odzyskał blask w oczach turystów i archeologów, ale – nie oszukujmy się – jego złote czasy minęły jakieś tysiąc pięćset lat wcześniej. Już w III wieku naszej ery wszystko, co dało się wynieść, zniknęło szybciej niż darmowe próbki w supermarkecie. Marmury, kolumny, rzeźby – kto pierwszy, ten lepszy. W Rzymie recykling nie jest modą – to tradycja sięgająca starożytności!

Kiedy przeminęło imperium, a na scenę wkroczył VI wiek, romantyczna ruina stała się idealnym miejscem na nowy start: zaczęto tu stawiać kościoły, domy, ogrody – słowem, antyczne fundamenty dostały drugie życie pod postacią średniowiecznych fundamentów. Później, w wiekach mrocznych, ale jakże twórczych (czyt. średniowiecze), pojawiły się obozy warowne, rezydencje z wieżami obronnymi, a klimat na placu zrobił się bardziej gotycko-fantastyczny niż w „Grze o Tron”.

Z tych średniowiecznych wież przetrwała do dziś Torre del Papito – niewielka, lecz niepozbawiona charakteru.

Torre del Papito

Nazwa, choć brzmi jak włoski smak lodów (czekoladowy papito!), pochodzi od przydomka Pietro Pierleonisa II, który nie tylko był właścicielem wieży, ale i – uwaga – antypapieżem Anakletem II. Zwał się „Żydowskim Papieżem” ze względu na swoje pochodzenie, ale lud rzymski, jak to lud, zapamiętał go jako „papetto” albo „papito” – czyli po prostu „papieżyk”, bo natura nie obdarzyła go zbyt hojnie wzrostem. Mimo wszystko, robił karierę. Jak widać, w Rzymie nawet niski może być wysoko postawiony.

Ale plac ten zasłynął nie tylko z konfliktów kościelnych. Od 1929 roku rezydują tu bowiem inne, znacznie mniej kontrowersyjne postacie: koty. Tak, koty – ponad 250 miauczących lokatorów, które upodobały sobie te ruiny jako swoje kocie Koloseum. Zwierzaki pojawiły się tuż po zakończeniu prac archeologicznych – prawdopodobnie uznały, że skoro ludzie już się nagrzebali, można tu wreszcie zamieszkać. I zostały.

Jedną z ich najsłynniejszych opiekunek była nie kto inny, jak Anna Magnani, legendarna włoska aktorka, której serce biło równie mocno do teatru, jak i do kotów. Gdy grała w Teatro Argentina, wpadała na przerwie karmić swoich futrzastych przyjaciół. Dziś duch Anny zdaje się nadal krążyć wśród ruin – być może mruczy razem z kotami?

A skoro mowa o Teatro Argentina, nie sposób go nie zauważyć. Budowla powstała w 1732 roku na zlecenie księcia Giuseppe Cesarini Sforza, według projektu Girolamo Theodoli. Teodor zbudował wnętrze, ale za fasadę odpowiada późniejszy projekt Petera Holla, który nadał budynkowi ten klasycystyczny sznyt z boniowanym parterem i pięcioma łukowatymi wejściami, nad którymi widnieją okna przypominające teatralne lunety.

Pod gzymsem widnieje inskrypcja:
„ALLE ARTI DI MELPOMENE, D’EUTERPE E DI TERSICORE”
czyli hołd złożony trzem muzom: Melpomenie (tragedia), Euterpe (muzyka) i Tersykorze (taniec).

Teatro Argentina

Na szczycie fasady widzimy fronton flankowany przez dwa przedstawienia Sławy, jakby sam teatr miał nam przypominać: „Hej, nie zapominajcie, kto tu jest gwiazdą!”

W tych ścianach debiutowały arcydzieła włoskiej opery: „Cyrulik sewilski” Rossiniego – którego premiera w 1816 roku, nota bene, zakończyła się klapą (ale spokojnie, drugiego dnia już była owacja), a także „Ernani”, „I due Foscari” i „Bitwa pod Legnano” autorstwa samego Giuseppe Verdiego – jak widać, teatr ten nie tylko słuchał historii, ale sam ją pisał.

Ostatnie prace konserwatorskie w latach 2011–2012 przywróciły fasadzie dawny blask, czyli – jakby to ujął stereotypowy rzymianin – „zrobili lifting i wygląda jak nowa, ale z charakterem”.

Zostawiając teatr i koty za plecami, przekraczamy Corso Vittorio Emanuele II i skręcamy w via di Torre Argentina – niepozorną uliczkę, która kryje kilka miłych niespodzianek.

Po chwili, po prawej stronie, pojawi się via dell’Arco della Ciambella, a na niej dostrzeżemy fragment antycznego muru – to ostatnia pozostałość po Termach Agryppy, najstarszych publicznych łaźniach Rzymu, zbudowanych w latach 25–19 p.n.e.. Miejsce, gdzie starożytni rzymianie robili to, co dziś robi się w SPA, tylko bez komórek, muzyki relaksacyjnej i opasek na oczy. Pod murem znajduje się piękne renesansowe tabernakulum, z kopią XIX-wiecznego obrazu „Matka Boska Różańcowa” – jak widać, w Rzymie nawet świętość ma swoje reprinty.

Po lewej: via di Torre Argentina; po prawej: pozostałość muru z Term Agryppy

Kilka kroków dalej wchodzimy na Piazza di Santa Chiara, gdzie znajduje się uroczy kościół Santa Chiara. Świątynia powstała w 1582 roku z fundacji św. Karola Boromeusza – patrona reformy Kościoła i, jakby nie patrzeć, duchowego architekta tej części miasta.

Po lewej: kościół Z. Chiara; po prawej: dom św. Katarzyny ze Sieny

Obok kościoła wzniesiono klasztor franciszkanów, zaprojektowany przez nie byle kogo – Carlo Maderno, tego samego, który zajął się fasadą bazyliki św. Piotra. Co ciekawe, klasztor ten był przez pewien czas schronieniem dla byłych prostytutek – trudno nie uśmiechnąć się na myśl o tym, jak wyglądały te pierwsze dni wspólnego życia z zakonnikami… aż chciałoby się rzec: „Ech, ci mnisi to mieli życie!”

W 1618 roku klasztor przeszedł w ręce sióstr klarysek, a więc zrobiono tam świętą rewolucję i sielanka się skończyła. Wtedy też świątynia otrzymała swoje dzisiejsze wezwanie. Obecny wygląd kościół zawdzięcza pracom prowadzonym w latach 1883–1890, a za neorenesansową fasadą stoi Luca Carimini – człowiek, który umiał nadać każdemu budynkowi odpowiednio pobożny wyraz twarzy.

Naprzeciwko kościoła, pod numerem 14, skromnie, niemal jakby chciał się ukryć przed wzrokiem przechodniów, stoi Dom św. Katarzyny ze Sieny. Dziś trudno w to uwierzyć, ale to właśnie tutaj, za tą cichą fasadą, rozgrywały się ostatnie akty życia jednej z najbardziej charyzmatycznych postaci XIV wieku. Zgodnie z informacyjną tabliczką, św. Katarzyna mieszkała tu przez ostatnie lata swego życia i właśnie w tym domu, w roku 1380, opuściła ten padół łez.

W środku zachował się niezwykle poruszający relikt tamtego czasu – Kaplica Przejścia św. Katarzyny, a w niej oryginalny, XIV-wieczny strop, który widział więcej modlitw, wizji i mistycznych uniesień niż niejeden gotycki kościół. Miejsce to działa na wyobraźnię – i to nie tylko pobożnych pielgrzymów, ale i tych, którzy mają słabość do historii z nutą dramatyzmu i duchowej intensywności.

Idąc dalej uliczką via di Torre Argentina, krok po kroku zbliżamy się do placu, który nie tylko kipi historią, ale też robi wrażenie niczym marmurowa diva na czerwonym dywanie. To Piazza della Rotonda, czyli przedpokój samego Panteonu.

Zanim jednak skłonimy głowy przed tą kamienną świątynią wszystkich bogów (i architektów), warto rozejrzeć się po samym placu – bo jego historia też ma swoje chwile chwały, a niektóre z nich są całkiem… zwierzęce.

Nazwa placu – jak nietrudno się domyślić – pochodzi od Panteonu, nazywanego również La Rotonda (co zresztą pasuje idealnie do jego okrągłej sylwetki). Już w pierwszej połowie XV wieku, papież Eugeniusz IV zapragnął uczynić to miejsce jeszcze bardziej monumentalnym – a jak wiadomo, w Rzymie monumentalność najlepiej buduje się przez… fontanny. W samym środku placu postawiono więc dwa małe baseny z posągami lwów – zapewne po to, by nawet fontanna warczała do przechodniów z dumą.

W 1575 roku, na zlecenie władz, powstała Fontanna Panteonu (znana również jako Fontanna z Obeliskiem), której autorem był Leonardo Sormani, według projektu Giacomo della Porta – tego samego, który projektował więcej rzymskich fontann niż większość ludzi ma znajomych na Facebooku. Ale na tym nie koniec. W 1711 roku, z polecenia papieża Klemensa XI, fontannę przebudowano według projektu Filippo Barigioni i dołożono obelisk zwany Macuteo.

Ten niepozorny, choć dumnie sterczący obelisk to nie byle jaka atrapa! To oryginalny egipski obelisk, jeden z ośmiu, które zdobią ulice Wiecznego Miasta. Wykuto go ku czci faraona Ramzesa II Wielkiego, który rządził w latach 1279–1213 p.n.e., miał około 100 synów i 50 córek (wyraźnie lubił rodzinne obiady), a w wolnym czasie podpisał pierwszy w historii traktat pokojowy – z Hetytami, żeby nie było.

Obelisk Macuteo pierwotnie stał przed świątynią boga Re w Heliopolis – w Mieście Dziewięciu Bogów. Po rzymskim podboju Egiptu trafił do świątyni Izydy, która znajdowała się niedaleko dzisiejszego Piazza della Minerva. Z czasem zaginął (jak to zwykle z zabytkami bywa – odłożysz raz na bok i nie możesz znaleźć przez 1000 lat), by w 1373 roku odnaleźć się z powrotem, stanąć najpierw na Kapitolu, a potem w bardziej godnym miejscu – przed Panteonem. Dziś mierzy sobie 6 metrów i 34 centymetry i ma minę, jakby wiedział więcej niż zdradza.

W 1886 roku oryginalne rzeźby fontanny trafiły do Muzeum Rzymu, a ich miejsce zajęły wierne kopie autorstwa Luigi Amiciego – a więc fontanna może i „fałszywa”, ale wciąż z klasą.

Po lewej: Fontanna z Obeliskiem; po prawej: Albergo del Sole

W prawym rogu placu, tuż za fontanną, stoi jeden z najstarszych hoteli w RzymieAlbergo del Sole, który gościł więcej osobliwości niż Pałac Wersalski. Pierwsze wzmianki o nim pochodzą z 1467 roku, kiedy znany był jako Locanda del Montone. Ale to nie nazwa przyciągała gości, tylko reputacja – i to czasem całkiem… magiczna.

Był tu m.in. Giuseppe Balsamo, znany szerzej jako Hrabia Cagliostro – człowiek orkiestra, a raczej: awanturnik, okultysta, alchemik, wolnomularz, i założyciel Zakonu Masonerii Egipskiej. Jeśli ktoś jeszcze nie wie – to taki włoski kuzyn naszego Michała Sędziwoja, z tą różnicą, że tamten mieszał w retortach, a ten również w polityce i religii.

Osiadłszy w Rzymie, Cagliostro ogłosił się Wielkim Magiem i Uzdrowicielem, co – o dziwo – nie spodobało się inkwizycji papieskiej. W 1789 roku, na skutek donosu złożonego przez jego własną żonę Lorenzę Feliciani, znaną też jako Serafina (nazwa ironiczna…), został aresztowany, uwięziony najpierw w zamku św. Anioła, a potem przewieziony do twierdzy San Leo – czyli z magii wprost do zamkowej piwnicy.

Hotel gościł także inne wielkie nazwiska: Ludovico Ariosto, wybitnego poetę XVI wieku (tak, tego od „Orlanda szalonego”) oraz Pietra Mascagniego, XIX-wiecznego kompozytora, autora opery „Cavalleria rusticana”, czyli operowego odpowiednika neapolitańskiej tragedii rodzinnej.

A to wszystko… zanim jeszcze nawet wejdziemy do Panteonu! Ale nie uprzedzajmy faktów – skoro jesteśmy już na Piazza della Rotonda, warto najpierw przysiąść przy fontannie, poczuć oddech faraonów i może zjeść jeden z tych lodów, które są tak dobre, że zasługują na własny obelisk.

A potem idźmy dalej – historia czeka, a za rogiem czekają kolejne duchy przeszłości.

Nadszedł moment, który prędzej czy później przychodzi w każdej rzymskiej opowieści: czas na Panteon. Nazywany też Rotundą lub bardziej poetycko – Świątynią Wszystkich Bogów, ten antyczny kolos to coś więcej niż tylko zabytek. To architektoniczna symfonia w kamieniu, betonowy poemat, marmurowy manifest geniuszu i – jak mawiają niektórzy – najlepiej zachowana budowla z czasów starożytnego Rzymu.

Mamy tu ponad 2000 lat historii, więc jeśli planujesz wejść, nie spiesz się – to nie jest miejsce na szybkie selfie i wypad. Proponuję odwiedziny rano, najlepiej od godziny 9:00, zanim do środka wejdzie więcej ludzi niż do Galerii Krakowskiej na ostatnią chwilę przed Wigilią. Już koło 11:00 w środku robi się tłoczno jak w autobusie 64 w godzinach szczytu.

Panteon

Pierwsza wersja Panteonu powstała w latach 27–25 p.n.e. na zlecenie Marka Wespazjana Agryppy, zięcia i najbliższego doradcy Oktawiana Augusta. Budowla była skromniejsza – prostokątna świątynia wzniesiona na cześć zwycięstwa Rzymu nad duetem dramatyczno-egipskim: Kleopatrą i Markiem Antoniuszem, pokonanym pod Akcjum w 31 r. p.n.e.

Ale jak to w Rzymie – nic nie trwa wiecznie, poza ruinami. Świątynia padła ofiarą pożaru w 80 r. n.e., a choć cesarz Domicjan próbował ją naprawić, to w 110 r. grom z jasnego nieba (dosłownie) raz jeszcze zakończył jej żywot. Dopiero cesarz Hadrian, znany miłośnik greckiej kultury i brody, w latach 118–125 n.e. odbudował świątynię zupełnie od nowa. Zmienił nie tylko wygląd, ale i kierunek – obrócił budowlę o 180 stopni i nadał jej obecny, okrągły plan. Z pierwotnej świątyni pozostały jedynie dwa elementy: portyk kolumnowy oraz inskrybowane nadproże.

W roku 609 n.e. cesarz wschodniorzymski Fokas (ten sam, który miał więcej wrogów niż przyjaciół) podarował Panteon papieżowi Bonifacemu IV. Ten, nie zwlekając, przemianował go na kościół pod wezwaniem Santa Maria ad Martyres i wprowadził chrześcijańskich lokatorów. Dzięki temu budowla przetrwała burzliwe wieki średniowiecza – choć i tak parę razy ją „oskubano”.

W 663 r. cesarz Konstans II Brodaty kazał zerwać pozłacane płytki z kopuły i przetopić je na monety – inflacja była najwyraźniej bardziej paląca niż dziedzictwo kulturowe. W 735 r. dach pokryto na nowo – tym razem skromniej, ołowianą blachą. A w XIV wieku świątynia, pełniąc funkcję fortecy, przeszła kolejne trudy losu, wyglądając wtedy bardziej jak bunkier niż świątynia.

W renesansie Panteon przeszedł lifting – a kierownikiem budowy był sam Rafael Santi, malarz, architekt, człowiek o spojrzeniu łagodnym jak „Madonna Sykstyńska”.

Choć Rzymianie zwykli narzekać na najazdy barbarzyńców, to w XVII wieku największym zagrożeniem dla zabytków okazał się papież. Urban VIII Barberini w 1632 r. przeznaczył brązowe kwiatony ze stropu i tympanonu na… dekoracje nad grobem św. Piotra. Rzymianie nie wytrzymali i ułożyli trafny bon mot:
„Quod non fecerunt barbari, fecerunt Barberini”
„Czego nie zniszczyli barbarzyńcy, zniszczyli Barberini.”

Na domiar złego papież dobudował dwie wieżyczki po bokach Panteonu, które złośliwie nazwano „oślimi uszami Barberinich”. Te nieszczęsne uszy zostały na szczęście usunięte w 1883 r., i dobrze – Panteon bez nich znowu wygląda jak trzeba.

Do dziś budowla zadziwia swoją kopułą – największą na świecie wykonaną z niezbrojonego betonu! Ma średnicę 42,2 m, a jej wysokość od posadzki do szczytu to 43,3 m. Inżynierowie mogliby tu spędzić całe życie na analizie rozkładu sił – i nie nudziliby się ani chwili.

Kopuła waży około 4500 ton, a opiera się na murach o grubości 6 metrów. Zastosowano sprytne triki:

  • u podstawy – ciężki trawertyn i tuf,

  • pośrodku – tłuczona cegła,

  • a u szczytu – lekki pumeks.

Całość wieńczą schodkowe pierścienie, które dociążają konstrukcję i trzymają wszystko w ryzach.

Na samym szczycie znajduje się okulus, czyli 9-metrowy otwór, przez który do wnętrza wpada światło. Jest to jedyne źródło naturalnego oświetlenia – ale za to spektakularne.

Z tym otworem wiąże się pewna legenda: gdy w VII wieku papież Bonifacy IV poświęcał Panteon, przerażone demony miały uciekać z budowli tak szybko, że przebiły dziurę w kopule – i tak powstało „oko demona”.

Okulus w kopule Panteonu

W 2009 r. zespół naukowców z Politechniki Mediolańskiej, specjalizujący się w archeoastronomii, odkrył coś, co wygląda jak scenariusz filmowy. Okulus oraz północne położenie wejścia do Panteonu są ustawione z precyzją godną NASA. Każdego roku, 21 kwietnia o godzinie 12:00, czyli w dniu założenia Rzymu, promienie słoneczne wpadają przez okulus i oświetlają wejście oraz kolumnadę.
To nie przypadek – to celowa symbolika: cesarz wchodził wtedy do świątyni, a boskie światło wskazywało jego wybraństwo przez bogów. Rzymianie umieli w PR.

Oczywiście, taki genialny projekt miał też swoje wady – w czasie deszczu przez okulus do środka leje się woda. Ale spokojnie – posadzka ma delikatne nachylenie i otwory odpływowe, które odprowadzają wodę jak rynny w dobrze zaprojektowanej willi.

Plan Panteonu

Zanim to jednak zrobimy, przyjrzyjmy się najstarszemu fragmentowi: portykowi z 16 kolumnami. Każda kolumna ma 13 metrów wysokości i waży około 60 ton. Wydobyto je w Egipcie, przetransportowano przez pustynię (100 km!), potem Nilem (500 km!), dalej statkiem do Ostii, a na koniec barkami do portu w Rzymie i kilometrową drogą na plac budowy. Transport rodem z filmów katastroficznych, ale jakoś się udało.

Kolumny są w porządku korynckim, a dwie po lewej to nie oryginały – pochodzą z Term Nerona i zostały dodane w XVII w.. Nad kolumnami znajduje się tympanon, a pod nim inskrypcja:
„M·AGRIPPA·L·F·COS·TERTIVM·FECIT”
czyli:
„Wzniesiony przez Marka Agryppę, syna Lucjusza, konsula po raz trzeci.”

Czas więc przejść przez olbrzymie, 20-tonowe drzwi i wkroczyć do wnętrza – miejsca, gdzie architektura spotyka się z boskością, a historia mówi ludzkim głosem.

Okrągłe jak oko boga wnętrze Panteonu kryje w sobie nie tylko potężną kopułę i boskie światło wpadające przez oculus, ale też prawdziwy skarbiec historii, sztuki i nieco ludzkich słabości. Rozsiądźmy się więc duchowo w tej świątyni geniuszu i przyjrzyjmy z bliska kaplicom oraz edikolom, które rozrzucone są wokół jak perełki na rzymskim naszyjniku.

Kaplica A) „Zwiastowanie”
Zaczynamy od wydarzenia, które – przynajmniej według chrześcijańskiej tradycji – zapoczątkowało całą tę wielką historię zbawienia. Na ścianie kaplicy znajduje się fresk przedstawiający Zwiastowanie, przypisywany Melozzo da Forlì – artyście znanemu z tego, że anioły u niego naprawdę fruwały, a nie tylko wyglądały, jakby miały skrzydła.
Ale zaraz – oto grób Piera Buonaccorsiego, szerzej znanego jako Perino del Vaga, asystenta samego Rafaela. Jego freski w Sali Pawła w Zamku Świętego Anioła mogą spokojnie konkurować z najlepszymi filmami Netflixa – wartka akcja, dramaturgia i efektowne ujęcia.

Po lewej: grób Perino del Vaga; po prawej: fresk z XIV wieku

Edikola B) „Koronacja Dziewicy”
Nieco dalej fresk z XIV wieku, który przedstawia Koronację Dziewicy – scena pełna majestatu i złotej gotyckiej dekoracyjności, czyli tego wszystkiego, co robiło wrażenie na wiernych, zanim jeszcze wynaleziono barok. Dzieło to, chociaż anonimowe, nadal imponuje swoją podniosłością i symetrią.

Kaplica C) Grób Vittorio Emanuele II (1878)
Tu leży nie kto inny, jak Vittorio Emanuele II, pierwszy król zjednoczonych Włoch. Rządził w latach 1849–1861, a jego monumentalny grobowiec to dzieło Manfredo Manfrediego (tak, naprawdę tak się nazywał – nomen omen). Mimo powagi tej królewskiej obecności, Włosi, z typowym dla siebie luzem, zwą go czasem „Padre della Patria” – Ojcem Ojczyzny. Trudno się dziwić – w końcu zjednoczyć Włochy to jak próbować zorganizować rodzinny obiad na 20 osób bez kłótni o politykę.

Po lewej: grób Vittorio Emanuele II; po prawej: „Św. Anna i Dziewica”

Edikola D) „Św. Anna i Maryja Dziewica” – Lorenzo Ottoni
Rzeźba autorstwa Lorenza Ottoniego, przedstawiająca św. Annę i młodą Maryję, to klasyka z nutą czułości. Ottoni był mistrzem subtelnych gestów – Maryja patrzy w przyszłość, jakby już przeczuwała, że nie będzie to zwyczajna macierzyńska droga.

Kaplica E) „Madonna i święci Franciszek i Jan Chrzciciel”
Dzieło umbryjskiej szkoły z XV wieku, czyli sztuka, która mówi: „Piękno nie musi krzyczeć, wystarczy, że szepcze z wdziękiem”. Madonna z delikatną twarzą, święty Franciszek z typową dla siebie ascezą i Jan Chrzciciel z profetycznym spojrzeniem – zestaw świętych jak z katalogu duchowości Quattrocenta.

Po lewej: „Madonna i Święci”; po prawej: „S. Rasio męczennik”

Edikola F) „Święty Rasio Męczennik” – Bernardino Cametti
Nie pytajcie, kim dokładnie był święty Rasio – historia milczy, ale skoro został męczennikiem, musiał mieć twardy charakter. Cametti, rzeźbiarz z zacięciem dramatycznym, uwiecznił jego świętość w kamieniu, z gracją godną bohatera baroku.

Ołtarz główny G)
Projektował go Alessandro Specchi, mistrz planów symetrycznych i głębi perspektywy. W głębi ołtarza odnajdziemy „Madonnę z Dzieciątkiem” – romańsko-bizantyjską ikonę z VII wieku, która przetrwała więcej niż większość europejskich monarchii. Jej surowa twarz i monumentalny styl przypominają, że kiedyś świętość miała się kojarzyć z powagą, a nie ze słodyczą.

Po lewej: ołtarz główny; po prawej: „św. Anastazy”

Edikola H) „Święty Anastazy” – Francesco Moderati (1717)
Czasy baroku w pełnej krasie! Moderati (czyżby nazwisko było ironią?) nie znał pojęcia „umiarkowanie” – jego święty Anastazy to dramat w marmurze. Spójrzcie na układ ciała i wyraz twarzy – jakby właśnie dostał objawienie lub rachunek za prąd.

Kaplica I) Krucyfiks z XVI wieku
Monumentalny krucyfiks, który mówi więcej niż tysiąc słów. Drewniana rzeźba z epoki, kiedy dramatyzm i realizm weszły na pierwszy plan. Każde ścięgno, każde spojrzenie – oddaje cierpienie i nadzieję.

Po lewej: kaplica z krucyfiksem; po prawej: grób Rafaela Santi

Edikola K) „Madonna del Sasso” – Lorenzetto (1520)
A oto jedna z najciekawszych scen w całym Panteonie – „Skalna Madonna”, czyli „Madonna del Sasso” dłuta Lorenzetta. Madonna stoi na kamieniu – symbolicznie, rzecz jasna, bo przecież żadna dama nie staje na kamieniu bez powodu.
Dlaczego tu? Bo bezpośrednio pod nią znajduje się grób Rafaela Santiego – tego od „Madonny ze szczygłem” i „Szkoły Ateńskiej”. Ten renesansowy geniusz urodził się i zmarł w Wielki Piątek (1483–1520), co Giorgio Vasari uznał za znak z nieba i nazwał Rafaela „boskim artystą”.

W skrócie o Rafale:
– Już w wieku 17 lat był uznanym malarzem w Urbino.
– W 1503 pracował z Pinturicchiem w Sienie.
– Potem przyszła Florencja i spotkania z Leonardem oraz Michałem Aniołem.
– W 1508 r. trafił do Rzymu dzięki zaproszeniu Donato Bramantego, gdzie dostał do pomalowania Stanza della Segnatura.
– Po śmierci Bramantego przejął nadzór nad budową nowej Bazyliki św. Piotra.

A po śmierci?
Grób Rafaela zdobi zagadkowy łaciński napis. Najpopularniejsze tłumaczenie:
„Tu spoczywa Rafael, który wielką Matkę Naturę zatrwożył, że pokonana za jego życia, umrze wraz z jego śmiercią.”
Alternatywa brzmi jeszcze bardziej poetycko:
„Tu spoczywa Rafael. Bałem się tego, co niezgłębione, pokonałem zwyczajne, tylko śmiertelne zmarło ze mną.”
A dlaczego tyle wersji? Cóż, być może dlatego, że tłumacze też są tylko ludźmi.

Dla fanów „Aniołów i Demonów” Dana Browna – zła wiadomość: ciało Rafaela nie zostało przeniesione z Urbino w 1758 r., jak sugeruje powieść. To fikcja! Rafael zmarł w Rzymie w 1520 r. i tu go uroczyście pochowano.

Po lewej stronie grobu znajduje się popiersie Rafaela autorstwa Giuseppe Fabrisa (1833), a po prawej tablica upamiętniająca Marii Bibbiena – narzeczoną mistrza, z którą był zaręczony przez 6 lat, ale… ślubu nie było. Maria zmarła trzy miesiące przed Rafaelem. Czy była „tą jedyną”? Cóż, jeśli wierzyć plotkom – niekoniecznie.

Bo oto pojawia się ona – Margherita Luti, zwana Fornariną („Piekareczką”), córka piekarza z Trastevere, kochanka i muza Rafaela. Podobno to właśnie po jednej z „gorących nocy” z nią mistrz zachorował i zmarł. Morał? Panowie – ostrożnie z Fornarinami!

To właśnie Fornarina spogląda z obrazu „La Fornarina”, półnaga, z ręką na piersi, co niektórzy interpretują jako próbę zakrycia guza nowotworowego. Jej twarz ma też Madonna Sykstyńska. A skoro przy twarzach jesteśmy: Matejko malował twarz żony ze strachu, Rafael twarz kochanki z miłości. Wybór zależy od temperamentu!

Czy się potajemnie pobrali?
Możliwe. Świadczy o tym wstążka z napisem „Rafael Urbinas” na ramieniu Fornariny, a może i zaginiona obrączka na jej palcu – która ponoć została z obrazu usunięta. By nie wybuchł skandal – bo jak to tak, architekt papieski, oficjalnie zaręczony, a tu ślub z modelką?!

Kaplica L) Grób Umberto I i Margherity di Savoia
Tu pochowani są:
Umberto I, król Włoch, syn Vittorio Emanuele II (dzieło Giuseppe Sacconi, 1900)
Margherita di Savoia, jego żona i… inspiracja dla jednej z najsłynniejszych włoskich potraw. Tak! To właśnie dla niej Raffaele Esposito przygotował pizzę z pomidorami, mozzarellą i bazylią – czyli „margheritę”. Sycylijczycy mogą się kłócić, kto wymyślił arancini, ale pizza ma już swoją królową.

Po lewej: groby królewskie Umberto I i Margherity di Savoia; po prawej: edikola z pomnikiem Baldassarre Peruzzi

Edikola M) Pomnik grobowy Baldassare Peruzzi (1921)
Baldassare Peruzzi – wybitny architekt i malarz, człowiek o umyśle geometry i duszy poety. Spoczywa tu godnie, w marmurze, który świadczy o jego wielkości. Taki renesansowy multitool: narysował, wymierzył, pomalował i jeszcze zdążył uśmiechnąć się do przyszłych pokoleń.

Kaplica N)
Tu króluje św. Józef z młodym Jezusem, dłuta Vincenza De Rossiego – scena rodzinna, ale z patosem. Po bokach klasyczne motywy: „Stajenka” i „Adoracja Trzech Króli” autorstwa Francesco Cozzy. Całość okraszona stiukami mistrzów Carlo Manaldiego i Paolo Benaglii.

Na kopule i ścianach:
„Sybilla Kumańska”Ludovico Gimignani
„Mojżesz”Francesco Rosa
„Ojciec Przedwieczny”G. B. Peruzzini
„Dawid”Luigi Garzi
„Sybilla z Erytrei”Giovanni Andrea Carlone

Tu także epitafia trzech mistrzów:
Flaminio Vacca, Taddeo Zuccari i Perin del Vaga – niech ich duch twórczy nadal krąży między marmurowymi kolumnami.

Po lewej: Kaplica Mistrzów; po prawej: „Niewierny Tomasz”

Edikola O) „Niewierny Tomasz” – Pietro Paolo Bonzi
Na koniec – „Niewierny Tomasz”, czyli święty, który zanim uwierzył, musiał dotknąć. Bonzi uchwycił ten moment z dramaturgią godną rzymskiej opery. Wiara i zwątpienie w jednym uścisku – czyż to nie kwintesencja ludzkiej natury?

Po tak długim i, nie oszukujmy się, wyczerpującym zwiedzaniu Panteonu – a przecież starożytność nie oszczędza nóg, ani stawów – warto uzupełnić zapasy energii. Najlepiej w stylu włoskim, czyli za pomocą „małej czarnej”. Ale nie byle jakiej!

Zamiast przepychać się w tłumie selfie-zombie na Piazza della Rotonda, zróbmy sobie kulturalny odwrót w prawy róg placu i wejdźmy w boczną uliczkę via degli Orfani. Pod numerem 84 czeka na nas Tazza d’Oro – druga z dwóch legendarnych kawiarni Rzymu, wiecznie konkurująca z Sant’Eustachio o tytuł „najlepszej kawy wszechczasów i światów”. Tu espresso nie jest napojem – to rytuał. A jeśli jeszcze zamówimy granita di caffè con panna, to możemy mówić o mistycznym doświadczeniu bliskim ekstazy św. Teresy z kościoła Santa Maria della Vittoria.

Z nową energią i świeżym kofeinowym zapałem ruszamy dalej, uliczką via della Minerva, prowadzącą wzdłuż lewego boku Panteonu. Rzym, jak to Rzym, rzuca nam pod nogi kolejne ruiny, jakby mówił: „Nie zapominaj, kto tu rządził 2000 lat temu!” – po prawej stronie zauważymy pozostałości muru Saepta Julia, czyli wielkiego portyku zbudowanego z inicjatywy Juliusza Cezara (tak, tego od „veni, vidi, vici”), gdzie odbywały się kiedyś głosowania. Demokracja po rzymsku? Może nie była idealna, ale przynajmniej miała styl marmuru karraryjskiego.

Z kolei za Panteonem, choć może mniej zauważalne, znajdują się resztki tak zwanej Bazyliki Neptuna, ufundowanej przez dzielnego Agryppę – tego samego, który nie tylko wygrał z Sekstusem Pompejuszem, ale też zbudował oryginalny Panteon. Skromny chłopak z wielkimi ambicjami i jeszcze większą łaską cesarza.

Po lewej: ruiny Saepta Iulia; po prawej: ruiny Bazyliki Neptuna

Idąc dalej, wchodzimy na Piazza della Minerva – niepozorny plac, który kryje tyle historii i anegdot, że mógłby obdzielić cały przewodnik. W centrum placu – uroczy, dziwaczny, całkiem fotogeniczny obelisk na słoniu, zwany potocznie „Pulcin della Minerva”, czyli… „Kurczaczek Minervy”. (Dlaczego „kurczaczek”? Bo Rzymianie to mistrzowie ironii – tu nic nie jest nazwane wprost).

Na pierwszy rzut oka – radosna rzeźba dla dzieci. Ale nie dajmy się zwieść. To oryginalny egipski obelisk, wykonany na zlecenie faraona Apriesa w latach 589–570 p.n.e., mający 5,47 metra wysokości, pokryty hieroglifami z imionami bogów Atuma i Neit (ta ostatnia to egipska wersja naszej znajomej Minervy, bogini mądrości i strategii).

Jak obelisk trafił do Rzymu? Cóż, dokładnie nie wiadomo – może na statku, może na wielbłądzie, może przywędrował sam, znudzony pustynnym życiem. Faktem jest, że odnaleziono go w 1665 roku w pobliżu Świątyni Izydy, a papieski Rzym postanowił nadać mu nowy, barokowy entourage.

Obelisk umieszczono na grzbiecie uroczego słonia, zaprojektowanego przez Gian Lorenzo Berniniego, a wykonanego przez Ercole Ferrata. Rzeźba została ustawiona 11 lipca 1667 roku i miała nieść przesłanie: siła i mądrość idą w parze, a prawdziwa mądrość potrzebuje solidnych podstaw (czytaj: słoniowej siły). Potwierdza to łaciński napis na cokole:
„Zrozum za sprawą tego oto symbolu, że niewzruszona prawda wymaga krzepkiego rozumu”.
Jakby powiedział Seneka – głową muru nie przebijesz, ale słoniem – kto wie.

Ale to jeszcze nie koniec! Słoń skierowany jest zadkiem do budynku dawnego klasztoru dominikanów, co nie umknęło uwadze ówczesnych mieszkańców Rzymu. Żarty posypały się jak oliwki z drzewa. Najbardziej złośliwy głosił:
„Stojąc, słoń odwrócił głowę i powiedział: Tu Cię mam!”
(oryginalny dopisek pod obeliskiem – dziś już usunięty, ku rozpaczy wielbicieli barokowego sarkazmu).

Słoń Berniniego i widoczny z tyłu dawny klasztor Dominikanów

Budynek, do którego słoń prezentuje tylne wdzięki, to Palazzo Minerva, zbudowany w XVI wieku na zlecenie Vincenzo Giustinianiego, generała zakonu dominikanów. W latach 1638–1641 pałac rozbudował Paolo Maruscelli, czyniąc z niego jeden z najpotężniejszych kompleksów zakonnych w Rzymie. Nazywano go wtedy z przymrużeniem oka „Bastionem Psów Pana” – po łacinie Domini Canes, czyli „psy Pańskie”, słynna gra słów z nazwą zakonu.

W środku mieściła się również siedziba Kongregacji Świętego Oficjum, czyli potocznie mówiąc – rzymska inkwizycja. Mało kto wie, że ten urząd nadal istnieje, choć pod nową nazwą: Kongregacja Nauki Wiary. Jej najsłynniejszym nowożytnym prefektem był kardynał Joseph Ratzinger, który – jak wiemy – awansował potem do roli papieża Benedykta XVI. Można powiedzieć: kariera od inkwi… znaczy się – od kongregacji do pontyfikatu!

Dziś w Palazzo Minerva urzędują senatorowie Republiki Włoskiej, co pewnie nieco mniej ekscytuje niż stosy inkwizycyjne, ale przynajmniej nie gryzą.

Naprzeciwko kościoła zauważymy Palazzo Severoli, w którym w XVIII wieku mieściła się Akademia Duchowna Nobili – coś w rodzaju elitarnych seminariów, gdzie młodzi szlachcice szykowali się na kariery biskupów, kardynałów i innych purpurowych dostojników. Bo w Rzymie nawet przyszłość planowało się z klasą.

Palazzo Severoli

Z kolei po prawej stronie kościoła stoi Palazzo Fonesca, a od 1832 rokuHotel Minerva, świadek historii i noclegownia gwiazd. Gościł tu m.in.:
Stendhala, francuskiego romantyka z obsesją na punkcie włoskiej sztuki,
Camilla Cavoura, ojca włoskiej zjednoczonej ojczyzny,
– oraz José de San Martína, argentyńskiego generała i bohatera walk o niepodległość.

Palazzo FonescaA zatem, nadszedł czas na crème de la crème placu della Minerva – bazylikę mniejszą Santa Maria sopra Minerva, która, choć może z zewnątrz wygląda dość skromnie i niepozornie, to w środku potrafi zaskoczyć bardziej niż niejedna telenowela.

Bazylika S. Maria sopra Minerva

Historia tego miejsca sięga aż 50 roku p.n.e., kiedy to Pompejusz Wielki (tak, ten od słynnego triumwiratu z Cezarem i Krassusem, który nieco się… rozpadł) wzniósł tutaj świątynię ku czci bogini Minerwy – patronki sztuki, nauki, rzemiosła, strategii i wszystkiego, co wymagało choć odrobiny inteligencji. Minerwa była czymś w rodzaju starożytnej wersji Steve’a Jobsa w zbroi. I co ciekawe – to właśnie ją Dana Browna fani skojarzą z… Iluminatami! Tak, Anioły i Demony odciskają tu swoje literackie piętno. 😄

Potem przyszły wieki ciemne, czyli średniowiecze, ale nie dla tego miejsca! Papież Zachariasz, pełniący urząd między 741 a 752 rokiem, postanowił wybudować tu mały kościółek na ruinach świątyni. A potem ruszyła lawina inwestycji – jakby mówili: „Zróbmy z tego coś gotyckiego i z rozmachem!”

W 1280 roku do akcji wkroczyli Dominikanie, którzy przejęli obiekt i rozpoczęli jego ambitną rozbudowę. To jakby dziś franciszkanie przejęli IKEA – nagle byłoby więcej drewna i ciszy.

Ponad sto lat później, bo w XV wieku, do sprawy przykłada się kardynał Giovanni Torquemada (tak, wuj słynnego inkwizytora Tomása!). Na własny koszt pokrywa nawę główną sklepieniem krzyżowym – i to zanim crowdfunding stał się modny.

Z kolei w 1453 roku (czyli w tym samym, w którym upadł Konstantynopol), hrabia Francesco Orsini, ówczesny prefekt Rzymu, wznosi fasadę, o czym informuje nas kamienna tabliczka po prawej stronie elewacji. Proszę spojrzeć – to jak historyczna wizytówka dewelopera!

Kościół przechodził też swoją własną „operację plastyczną”. Między 1848 a 1855 rokiem, dzięki działaniom ojca Girolamo Bianchediego, przeprowadzono radykalne prace konserwatorskie, których celem było przywrócenie pierwotnego gotyckiego stylu. Efekt? Jeden z nielicznych gotyckich kościołów w Rzymie, który faktycznie wygląda gotycko.

Fasada jest prosta, podzielona pilastrami, z trzema portalami z XV wieku. Boczne zwieńczone są lunetami z freskami, środkowy – eleganckim, trójkątnym frontonem. Nad nimi znajdują się trzy piękne rozety, które wyglądają jak kolorowe pierścionki architektonicznej królowej gotyku.

W centrum nadproża dostrzeżemy herb kardynała Domenico Capranica i łaciński napis:
„ANDREAS CAPRANICA DOMINICI F RESTITUIT AD MDCX” – co oznacza, że Andrzej Capranica, syn Domenica, odnowił ten obiekt w 1610 roku.

Między portalami znajdują się również epitafia grobowe trzech kardynałów:

  • Tommaso Badia,

  • Tommaso de Vio (znany jako Gaetano – dominikanin, teolog i przeciwnik Lutra),

  • oraz Nicolò von Schoenberg – Niemiec, dyplomata, astrolog, człowiek renesansu, który mógłby spokojnie być bohaterem serialu Netflixa.

Na bokach fasady pojawiają się herby rodu Orsini, a na środku herb papieża Piusa V – papieża-reformatora i pogromcy Turków pod Lepanto (to ten z „Bitwy Morskiej o Różaniec”).

Z prawej strony elewacji odnajdziemy kamienne stemmy – poziome znaki zaznaczające, dokąd sięgały wody Tybru podczas historycznych powodzi. Zawsze dobrze wiedzieć, dokąd uciekać, gdyby historia zechciała się powtórzyć…

Kościół jest orientowany, co oznacza, że prezbiterium skierowane jest na wschód – dokładnie tam, skąd ma powrócić Zbawiciel. Ten zwyczaj pojawił się już w V wieku, choć w Rzymie na dobre przyjął się dopiero od X wieku. Po Soborze Trydenckim (XVI w.) zniesiono ten wymóg, ale tradycja, jak to tradycja – umierała długo i powoli, czasem do XIX wieku.

Wchodząc do środka, wkraczamy do jednego z najlepiej zachowanych gotyckich wnętrz w Rzymie – co samo w sobie brzmi jak oksymoron. Kościół zbudowany jest na planie krzyża łacińskiego. Znajdziemy tu trzy nawy, sześć przęseł, transept, prezbiterium z półkolistą absydą, kaplice boczne, a po bokach prezbiterium dodatkowe dwie kaplice.

Wnętrze kościoła S. Maria sopra Minerva

I co wiszące nad tym wszystkim? Nie duchy inkwizytorów, a… organy! I to nie byle jakie. Pochodzą z 1628 roku i są dziełem Enno Bonifaziego – artysty, który wiedział, jak rozruszać gotyckie sklepienie dźwiękiem. Jeśli traficie na próbę organową, nie uciekajcie – to będzie koncert z prawdziwą duszą!

Tuż przy głównym wejściu, po prawej stronie portalu głównego (nr 1 na planie), spoczywa sobie całkiem dumnie Diotisalvi Neroni, upamiętniony pomnikiem grobowym z roku 1482. A żeby nie było mu smutno, to po drugiej stronie, przy prawym portalu (nr 2), dołączyła do niego Virginia Pucci Rudolfini, która zasłużyła sobie na własny pomnik w 1586 roku. Mówią, że to para „na zawsze” – przynajmniej kamiennie.

Plan kościoła S. Maria sopra Minerva

Kościół zwiedzimy według planu, zamieszczonego powyżej i zgodnie z naniesioną na nim numeracją.

PRAWA NAWA

(3) Pierwszy przystanek: pilaster przy pierwszej kaplicy, gdzie zerkamy na pomnik Antonio Castalio z roku 1533. Niby pilaster, ale jaki gustownie przybrany!

(4) Kaplica Caffarelli – tu barok robi swoje show. W ołtarzu Baciccio (czyli Giovanni Battista Gaulli, mistrz teatralnego światła) maluje św. Ludwika Bertranda z entuzjazmem godnym hiszpańskiego inkwizytora na wakacjach. Wyżej dominuje św. Dominik, przypisywany samemu Cavalierowi d’Arpino. A na deser – Gaspare Celio i jego malarskie sceny z życia św. Dominika. Kaplica dla tych, którzy nie boją się narracji wielowątkowej.

(5) Między drugą a trzecią kaplicą spogląda z pilastra godne popiersie Uberto Strozzi – dzieło samego Vincenzo de Rossi z roku 1553. Łypie z kamienia, jakby oceniał styl przechodniów.

(6) Kaplica poświęcona św. Róży z Limy, patronki Peru i kobiet, które wiedzą, czego chcą. Maluje ją Lazzaro Baldi, zarówno w ołtarzu, jak i na bocznych ścianach, ukazując świętą w scenach żywota, z zapałem niemal mistycznym.

(7) Kolejna kaplica i wielkie wejście: „Śmierć św. Piotra Męczennika” pędzla Ventury Lamberti z roku 1688. Na ścianach freski autorstwa Battista Franco i Girolamo Muziano – trochę grozy, trochę patosu, i dużo dobrze ustawionych dramatów.

(8) Gotyk uderza w nutę renesansu: „Zwiastowanie” – dzieło Antoniazzo Romano z roku 1485. Po bokach: św. Dominik i św. Jacenty – pędzla Nicolò Stabia. Po lewej grób z historią: Urban VII, papież tylko przez 12 dni (rekordzista w kategorii „najkrótszy pontyfikat”) – nagrobek wyrzeźbiony przez Ambrogio Buonvicino w 1613 roku.

(9) Kaplica Aldobrandini to gotycko-barokowy hymn na chwałę rodziny. Zbudowana według projektu Giacomo Della Porta, Carlo Maderno i Girolamo Rainaldi w roku 1600. W sklepieniu fresk Cherubina Albertiego – „Triumf Krzyża”, w ołtarzu „Ustanowienie Eucharystii”Federico Barocci (1594). Obok monumentalne alegorie: „Miłosierdzie”Nicolas Cordier, „Roztropność”Ippolito Buzio, „Świętość”Mariani, „Sprawiedliwość”Valsoldo. Dodatkowo posąg papieża Klemensa VIII – także Buzio. Słowem: Aldobrandini nie oszczędzali.

(10) Następna kaplica i kolejni święci: „Święci Rajmund z Peñafort i Paweł”Nicolas Magny. Obok dwa dostojne grobowce: biskupa Giovanni de Coca (1477) i Benedetto Soranzo (1495) – oba wyszły spod dłuta Bregno. Solidna robota renesansowa.

(11) Tuż za kaplicą fresk „Święte Agata i Łucja” – dzieło Sermonety, czyli Girolamo Siciolante da Sermoneta, malarza, który nie bał się silnych kobiet.

W prawym transepcie:

(12) Grobowiec Amerigo Strozzi (1592) – autorstwa Taddeo Landiniego, znanego nie tylko z rzeźbiarskiego kunsztu, ale i z tego, że nie wahał się przyozdabiać rzymskich fontann… nagimi faunami. Strozzi, choć sam raczej niepozbawiony godności, spoczywa tu w klasycznej pozie, a jego marmurowe oblicze sugeruje, że nawet po śmierci zachował florentyńską powagę.

(13) Kaplica z XV-wiecznym drewnianym krucyfiksem – oto Jezus, który przez pięć wieków patrzy z wysokości krzyża na duchownych, turystów i zagubionych w świecie selfie. Drewno może i ciemnieje z wiekiem, ale wyraz twarzy Chrystusa niezmiennie pełen jest wyrozumiałości i cichego napomnienia.

(14) Kaplica Carafa – prawdziwa perła Renesansu, której nie sposób przemilczeć. Sam łuk nad wejściem to wspólne dzieło trzech mistrzów: Mino da Fiesole, Verrocchia i Giuliana da Maiano – jak trio jazzowe, ale z dłutami. A gdy już wejdziemy, wita nas istna feeria barw i znaczeń:

  • Ołtarz przedstawia „Kardynała Oliviero Carafa przedstawiającego św. Tomaszowi objawiającej się Dziewicy Maryi” – fresk pełen dramatyzmu i boskiej dyplomacji, autorstwa Filippino Lippiego.

  • W głębi kaplicy króluje „Wniebowzięcie”, po prawej zaś ścianie monumentalne „Triumf św. Tomasza i Cud Krzyża” – bo co to za kaplica bez triumfu i cudu!

  • Sklepienie ozdabiają „Sybille” – te antyczne wieszczki, które z upodobaniem wplatał do chrześcijańskiej ikonografii renesans, tu spoglądają z góry z półprzymkniętymi oczami i tajemniczymi uśmieszkami.

Wszystko to powstało w latach 1488–1493, a na lewej ścianie mamy jeszcze grób papieża Pawła IV (1559) – dzieło Pirra Ligorio, architekta, który równie dobrze znał się na ruinach co na papieżach.

Obok – niewielka kapliczka grobowa kardynała Carafa, dekorowana przez Filippino Lippiego przy współudziale Raffaellino del Garbo. Mała, ale z charakterem – jak espresso o poranku.

(15) Na lewo od kaplicy Carafa spoczywa Guglielmo Durand, który zmarł w 1296 r., a jego grób to majstersztyk Giovanniego di Cosma, z dołączoną mozaiką: „Madonna z Dzieciątkiem na tronie, św. Dominik i zleceniodawca”. Nie da się pomylić – Matka Boska w centrum, a święci flankują jak straż przyboczna.

(16) Kaplica Altieri to kolejna parada wielkich nazwisk:

  • „Św. Piotr przedstawia Maryi Dziwicy pięciu błogosławionych” – obraz Carlo Maratty, czyli elegancja baroku i pastelowa pobożność.

  • W lunetach „Gloria św. Trójcy” – fresk Baciccia, nadwornego malarza Berniniego, który umiał malować niebo, jakby sam tam bywał.

  • Po bokach spoglądają na nas z kamienia Lorenzo i Jan Altieri – rzeźby Cosima Fancellego.

(17) Kaplica Capranica – Renesans spotyka dominikańską pobożność:

  • W ołtarzu: „Madonna z Dzieciątkiem, św. Dominik i św. Katarzyna ze Sieny” (XVI w.)

  • Na ścianach freski z życia św. Katarzyny – autorstwa Giovanni de Vecchi.

  • Sklepienie z „Tajemnicami Różańca” – dzieło Marcello Venustiego, a obok jeszcze „Nałożenie Korony Cierniowej”Carlo Saraceni.

  • Po prawej zaś grób kardynała Domenico Capranica (1470) – klasyka szkoły Bregno, gdzie marmur staje się niemal miękki od ekspresji.

Prezbiterium:

(18) Naprzeciw prawego pilastra: „Chrzciciel” – rzeźba Giuseppe Obiciego z roku 1858, kiedy to neoklasycyzm wciąż trzymał się dumnie na marmurowych nogach.

(19) Naprzeciw lewego pilastra: słynny „Chrystus Zmartwychwstały” – dzieło samego Michała Anioła, wykonane w latach 1519–1521. Choć uczniowie mistrza dorzucili swoje dłuta do marmuru, twarz i ciało Jezusa są w pełni „buonarrotowskie”: szlachetne, mocne, ludzkie.

Pierwotnie nagi, z czasem – po Soborze Trydenckim – otrzymał złotą przepaskę, bo, jak mawiano w XVI wieku: „skromność jest cnotą, nawet w rzeźbie”.

Pod ołtarzem – sarkofag św. Katarzyny ze Sieny, dłuta Isaii z Pisy – miejsce pielgrzymek, modlitw i niejednego zadumanego westchnienia.

Chór, gotycki z ducha, ale w roku 1536 lekko zmodernizowany – może z powodu papieskiego remontu. Znajdują się tu dwa imponujące grobowce w kształcie łuków triumfalnych:

  • (21) Klemens VII oraz

  • (22) Leon X – oba projektu Antonio da Sangallo Młodszego.

Na posadzce – mozaikowy majstersztyk, cztery rowkowane kolumny dodają całości monumentalnego charakteru, a papieskie figury – Klemens VII dłuta Nanniego di Baccio Bigio, Leon X autorstwa Raffaella da Montelupo – wpatrują się z powagą godną osób, które miały w rękach losy świata… i niejedną konklawe.

W lewym transepcie:

(23) W westybulu, czyli w tej dostojnej poczekalni przed świętością, natykamy się na prawdziwy festiwal grobowców, które niczym marmurowe CV opowiadają nam historie ich właścicieli.
Pierwszy z lewej to grób kardynała Matteo Orsiniego († 1340), dominikanina, który lubił sięgać wysoko – zarówno duchowo, jak i fizycznie, bo jego nagrobek mierzy kilka metrów i zdobi go pełnoplastyczna figura leżąca z miną „ja tu tylko na chwilę przysiadłem”.

Obok niego – kardynał Domenico Pimentel. Jego nagrobek to nie byle co – to projekt samego Berniniego, choć wykonali go dwaj jego utalentowani uczniowie:

  • Ercole Ferrata wyrzeźbił marmurową postać kardynała (1653), a

  • Ercole Antonio Raggi stworzył alegoryczną figurę „Opatrzności”, która wygląda, jakby zaraz miała wstać i coś zorganizować.

W głębi znajduje się grób Cinzio Rustici († 1488) – człowiek, o którym wiadomo niewiele, ale skoro dostał miejsce w tak znamienitym towarzystwie, to musiał mieć jakieś znajomości… lub zasługi.

Kolejny – grób kardynała Carlo Bonellego († 1657) to już klasyka barokowej architektury nagrobnej – zaprojektowany przez Girolama Rainaldiego, który wiedział, jak z marmuru wydobyć powagę i splendor.

Nieco dalej: grób Agapito Rustici († 1482) – nazwisko znajome? Tak, to prawdopodobnie rodzina tego Cinzia wyżej – Rustici najwyraźniej mieli tu swoje marmurowe gniazdko.

Na lewo od niego – grób kardynała Michele Bonellego († 1611) – projekt Giacomo della Porta, architekta, który jak nikt inny potrafił połączyć funkcjonalność z elegancją i zrobił karierę pod patronatem samego Michała Anioła.

Ale to jeszcze nie wszystko – w samym centrum podłogi znajduje się płyta grobowa błogosławionego Fra Angelico († 1455) – tak, tego Fra Angelico, mistrza malarstwa, którego dzieła lśnią po dziś dzień jak złocone aureole. Nagrobek wykonał Isaia da Pisa, a inskrypcja głosi:

«Hic jacet venerabilis pictor, frater Angelicus ordinis Praedicatorum»

Niech Was nie zwiedzie skromność tej płyty – spoczywa pod nią człowiek, który przemalował całe niebo.

(24) Kaplica Frangipane, znana też jako Kaplica Maddaleny Capiferro, to oaza gotycko-renesansowego uroku. W ołtarzu znajduje się subtelna „Madonna z Dzieciątkiem”, która spogląda łagodnie – jakby chciała powiedzieć: „No już, przestań się tak spieszyć”.

Po lewej stronie – grób Giovanni Alberiniego (XV w.) – wykonany przez Agostina di Duccio lub Mino da Fiesole. Historycy się spierają, ale jedno jest pewne – cokolwiek by nie wyrzeźbili, wygląda to jak dzieło kogoś, kto wiedział, gdzie przyłożyć dłuto.

(25) Zakrystia – miejsce zazwyczaj zarezerwowane dla ciszy i alby, tu jest istną galerią barokowej pobożności.
Na sklepieniu unosi się triumfalna „Gloria św. Dominika” autorstwa Giuseppe Puglii, z chmurami, które zdają się mieć własną dynamikę.

W ołtarzu – dramatyczne „Ukrzyżowanie”, przypisywane Andrei Sacchiemu – emocjonalne, teatralne, jakby Chrystus wciąż przemawiał z krzyża.

Obok zakrystii – pokój św. Katarzyny, gdzie znajdują się freski Antoniazza Romano (1482–1483) – nastrojowe, pełne gotyckiego światła i narracyjnej precyzji.

(26) Kaplica św. Dominika – nie mogło jej tu zabraknąć.
Centralnie: „Madonna i św. Dominik” pędzla Paolo de Matteisa, przedstawienie czułe i klasyczne, gdzie święty wygląda, jakby właśnie przerwał modlitwę, by przywitać Maryję.

Po prawej stronie – monumentalny pomnik papieża Benedykta XIII († 1730), zaprojektowany przez Carlo Marchionniego. Papież spogląda w górę, jakby myślał: „To naprawdę ja? Taki wielki?”

(27) Ołtarz św. Giacinto – ozdabia go malowidło Ottavia Leoniego: „Dziewica objawia się świętemu” – pełne mistycznej atmosfery i włoskiego światłocienia.

(28) Obok ołtarzapomnik grobowy Andrei Bregno, mistrza renesansowego reliefu. Przypisywany Luigiemu Capponiemu, który podjął się trudnego zadania – wyrzeźbić hołd dla mistrza dłuta.

W lewej nawie:

(29) Na ścianie widnieje pełna wdzięku grupa rzeźbiarska „Madonna z Dzieciątkiem i dwoma małymi św. Janami” – autorstwa Francesco Grassii († 1670). Święci chłopcy – Jan Chrzciciel i Ewangelista – wyglądają tu bardziej jak cherubini z dobrego rzymskiego przedszkola.

(30) Drugi pilaster kryje arcydzieło: pomnik grobowy Marii Raggi († 1643) – dłuta samego Gian Lorenzo Berniniego. Rzeźba dosłownie unosi się z marmuru – Maria wydaje się wzlatywać ku niebu, otoczona wirującymi fałdami szaty, jakby właśnie powiedziała: „Adieu, ziemio!”

(31) Kaplica z obrazem „Św. Jakub” pędzla Venustiego, a towarzyszą mu marmurowi mieszkańcy: Maria Colonna Lante († 1840), Carlotta i Livia Lante Della Rovere – dzieła Pietra Teneraniego, neoklasycznego mistrza portretu wieczności.

(32) Kolejna kaplica: „Św. Wincenty Ferreri na soborze w Konstancji” – obraz Bernarda Castella, który nie tylko znał historię, ale potrafił ją przemalować na dramatyczne, barokowe płótno.

(33) Między trzecią a czwartą kaplicą: grób Giovanni Vigevano – dzieło Berniniego z roku 1630. Dyskretny, ale z klasą – jakby mówił: „Nie muszę krzyczeć, żeby mnie zauważono”.

(34) Na przeciwnym pilastrze – grób De Amicis – projekt Pietro da Cortona. Tak, ten sam Cortona od słynnych fresków w Palazzo Barberini. Nawet nagrobki robił z teatralnym rozmachem.

(35) Kaplica: centralnie „Zbawiciel”, przypisywany Peruginowi – spokojny, dostojny, z typowym dla mistrza delikatnym światłem Umbrii.
Po bokach:

  • „Św. Sebastian” – dzieło Michele Mariniego, i

  • „Św. Jan Chrzciciel” – autorstwa Ambrogio Buonvicino.
    Dodatkowo – groby rodziny Maffei, wykonane przez anonimowego artystę ze szkoły Capponiego.

(36) Kaplica, w której freski wyszły spod ręki Francesco Nappiego – znanego z tego, że potrafił wypełnić każde sklepienie niebem i świętymi bez utraty kompozycyjnego porządku.

(37) Następna kaplica skrywa popiersie Girolamo Bottigellego, przypisywane Andrei Sansovino – z twarzą, która wygląda jakby właśnie powiedziała coś głęboko humanistycznego.

(38) Przy samym portalu znajduje się grób Francesco Tornabuoniego († 1480), a nad nim imponujący grobowiec kard. Tebaldiego, dzieło Bregna i Giovanniego Dalmaty z roku 1466. Jeśli szukać definicji renesansowego nagrobka – to właśnie tutaj.

Nie sposób opuścić kościoła, nie zaglądając do jego krużganków z roku 1559 – zaprojektowanych przez Guidetta Guidettiego.
Wśród ciszy i cienistych arkad odnaleźć można XV-wieczne grobowce, m.in. kardynała Pietro Ferricciego – dzieło Mino da Fiesole, który potrafił z marmuru wydobyć duszę zmarłego i ciszę krużganka jednocześnie.

Wychodząc z kościoła, nie kierujemy się od razu na pizzę (choć pokusa jest wielka), lecz skręcamy w lewo, by ruszyć urokliwą uliczką biegnącą wzdłuż prawego boku świątyni. Po chwili skręcamy w prawo, w jedną z tych rzymskich uliczek, których historia aż piszczy pod stopami – via del Gesù, wytyczoną w 1545 roku na zlecenie papieża Pawła III, tego samego, który był mecenasem wielkich reform… i nieco mniejszych skandali.

Po lewej stronie, na maleńkim, niemal schowanym placyku, pod numerem 80, znajduje się Palazzo dei Frangipane. Portal z trawertynu zdobią tu dwie kariatydy – czyli kobiety, które zamiast filiżanki espresso dźwigają architekturę na głowie.

Po lewej: Palazzo dei Frangipane; po prawej: Palazzo Gabrielli

Nieco dalej, po prawej, otwiera się przed nami Piazza della Pigna z XVI wieku – plac nieco większy, lecz nadal uroczy i ukryty niczym perełka w koronie miejskiego chaosu. W południowej części placu znajdziemy Domy Porcari, rodzinny kompleks z epoki, gdzie życie toczyło się w rytmie dźwięku powozów i rodzinnych intryg. Pod numerem 12 stoi Palazzo Gabrielli z 1530 roku, a tuż obok, pod 13A, elegancki Palazzo Maffei Marescotti, wzniesiony w roku 1601 – budynek z epoki, w której „styl” i „potęga” szły ramię w ramię.

Po lewej: Palazzo Maffei Marescotti; po prawej: jedna z wielu Madonnell

Zerkając w prawo, naszym oczom ukazuje się skromny, lecz wiekowy kościółek S. Giovanni della Pigna.

Kościół S. Giovanni della Pigna

Wzmiankowany już w bullach papieskich z 955 i 962 roku, ma za sobą więcej historii niż niejeden sezon „Rodziny Soprano”. W roku 1624 przeszedł gruntowną przebudowę pod kierunkiem architekta Torroni, działającego z ramienia Bractwa Miłosierdzia dla Więźniów – instytucji, która próbowała łączyć architekturę z odkupieniem win. Ostatnia restauracja miała miejsce w 2007 roku, więc świątynia prezentuje się dziś w pełni formy. Portal wieńczy zakrzywiony szczyt z główką anioła, który jakby szeptał: „Wejdź, ale z pokorą!”

Wnętrze to klasyczna jednonawowa przestrzeń, a w ołtarzu spogląda na nas z godnością obraz „Św. Jan Chrzciciel” pędzla Baldassarre Croce – skromny, a zarazem pełen wewnętrznego światła. A po prawej stronie fasady, jakby ukryta przed wzrokiem nieuważnych przechodniów, tkwi jedna z wielu Madonnellifresk XVII-wieczny przedstawiający Madonnę z Dzieciątkiem i świętymi. Rzym to miasto, w którym nawet ściany szepczą modlitwy.

Wracamy na via del Gesù, gdzie pod numerem 62 czeka na nas kolejna perełka architektury: Palazzo Muti Berardi, zbudowany w 1565 roku według projektu Giacomo Della Porta dla szanowanej rodziny Muti. W XIX wieku pałac przeszedł w ręce rodziny Berardi, która – sądząc po skali posiadłości – nie narzekała na brak monet w sakiewce. Łukowate drzwi z napisem „PHILIP BERARDI” prowadzą nas na dziedziniec z prawdziwym cudem techniki: zegarem wodnym, zbudowanym w 1870 roku przez księdza dominikanina, ojca Giovanni Embriaco. Tak, zegar wodny. Kiedy inni mierzyli czas piaskiem, on robił to z klasą i fontanną.

Po lewej: Palazzo Muti Berardi; po prawej kościół S. Stefano del Cacco

Skręcamy teraz w lewo, w via di S. Stefano del Cacco, prowadzącą nas wśród starych murów, gdzie historia zdaje się czyhać za każdym rogiem. Gdy dojdziemy do rozwidlenia, wybieramy lewą odnogę i stajemy twarzą w fasadę urokliwego, niemal ukrytego kościółka S. Stefano del Cacco – zwanego też kościołem św. Szczepana „od małpy”. Już sama nazwa pobudza wyobraźnię, a wyjaśnienie jest równie osobliwe. Otóż „Cacco” pochodzi od skróconego „macacco”, czyli małpy. Dawniej bowiem wyobrażano sobie egipskiego boga Tota – pana księżyca, mądrości, pisma i magii – właśnie jako makaka. A że chrześcijaństwo chętnie „chrystianizowało” pogańskie miejsca kultu, nie dziwi, że w miejscu dawnych wyobrażeń makaków powstał kościół dedykowany pierwszemu męczennikowi.

Pierwotna świątynia powstała za papieża Paschalisa w IX wieku, później została przebudowana w 1160 roku, zyskując portyk i romańską dzwonnicę. W roku 1563 trafiła pod skrzydła Benedyktynów Sylwestrynów, którzy jak przystało na barokowych smakoszy, nadali jej bogatszy wystrój oraz dobudowali klasztor.

Wnętrze kościoła jest trójnawowe, podzielone przez dwanaście kolumn – jakby na symboliczny hołd dla apostołów. Na prawej ścianie znajduje się poruszający fresk „Pietà” autorstwa Perina del Vaga, a w absydzie monumentalne „Męczeństwo św. Szczepana” – scena dramatyczna, a zarazem triumfalna.

Idąc dalej, dochodzimy do via di Piè di Marmo, a na rogu po lewej stronie czeka na nas prawdziwy rzymski easter egg: gigantyczna marmurowa stopa – fragment starożytnej kolosalnej rzeźby, która dała nazwę całej ulicy (czyż nie piękne, że w Rzymie nawet stopy mają własne ulice?).

Marmurowa stopa

Pod numerem 24A zobaczymy resztki łuku wejściowego do dawnej Świątyni Izydy, zwanego Arco di Camilliano – pozostałość po czasach, gdy Egipt i Rzym romansowały intensywnie jak Cezar z Kleopatrą.

Skręcamy teraz w prawo, by wyjść na duży plac – Piazza del Collegio Romano. Po prawej stronie, niczym cicha strażniczka czasu, stoi mały kościółek św. Marty (S. Marta) wraz z dawnym klasztorem, który dziś – ku zaskoczeniu – służy jako posterunek Karabinierów. Budynki te należały niegdyś do zakonu augustianów, powstały w 1542 roku z nieco kontrowersyjnym przeznaczeniem: klasztor stanowił „schronienie dla mężatek w grzechu oraz kobiet bez wstydu i bojaźni Bożej, które chcą się zrehabilitować”. Brzmi jak opis programu telewizyjnego, ale tak – takie były czasy.

Dwadzieścia osiem lat później, w roku 1570, powstało tu Kolegium dla Szlachetnych Panien. Czyżby zatem bracia augustianie odnieśli sukces w „rehabilitacji”? Hmm… Rzym milczy, ale historia się uśmiecha. W 1696 roku cały kompleks przeszedł przebudowę według projektów Giovanni Antonio De Rossi i Carla Fontany – i choć dziś to posterunek, wciąż nosi w sobie dawny majestat i niejedną tajemnicę.

Po lewej: portal kościoła S. Marta; po prawej: uliczka z Łukiem Jezuitów

Dalej, po prawej stronie dostojnie rozsiadł się olbrzymi gmach Palazzo Doria Pamphilj – kolos godny książąt, kardynałów i całej rzeszy pokojowców. Ale ten pałac zostawmy sobie na inną okazję – jego sale kryją tyle historii i złota, że potrzebowalibyśmy osobnego spaceru (i butów bez obcasów).

Dziś spojrzenie kierujemy w przeciwną stronę, gdzie monumentalnie piętrzy się Collegio Romano – istny fort intelektu i edukacyjnej surowości.

Collegio Romano

Jego budowę rozpoczęto w 1582 r., z inicjatywy papieża Grzegorza XIII Boncompagni, tego samego, który poprawił nam kalendarz i skrócił październik o dziesięć dni (a niektórzy do dziś mu tego nie mogą wybaczyć). Grzegorz chciał tym samym spełnić wolę nie byle kogo – św. Ignacego Loyoli, założyciela Towarzystwa Jezusowego, czyli po prostu jezuitów – najbardziej intelektualnych z zakonników i najpilniejszych uczniów św. Tomasza z Akwinu.

Pałac Collegio Romano to nie byle akademik – zajmuje imponujące 13 400 m², mieści bibliotekę z 50 000 tomów (czyli więcej niż można przeczytać w trzech życiach), a także muzeum kolegialne, gdzie można chłonąć wiedzę wprost z marmurów i pergaminów.

Po prawej stronie gmachu wznosi się elegancka wieża, dodana w 1787 r., służąca jako obserwatorium astronomiczne. I to nie byle jakie – pierwszym jego dyrektorem został Christoph Clavius, jezuita i jeden z najwybitniejszych astronomów swojej epoki. Człowiek, który – gdyby urodził się później – pewnie poleciałby na Księżyc, a przynajmniej napisałby podręcznik dla NASA.

Po lewej: centralna część fasady Collegio Romano; po prawej: wieża astronomiczna w Collegio Romano

Fasada budynku podzielona jest z klasą na trzy części. W części środkowej – tej najwyższej i najbardziej dumnej – znajdziemy dwa portale (z czego jeden, niestety, zamurowany – może żeby studenci nie uciekali?). Oba portale ozdobione są smokami – heraldycznymi symbolami papieża Grzegorza XIII – oraz jego herbem i tablicą upamiętniającą założenie kolegium. Gdy podniesiemy wzrok jeszcze wyżej, dostrzeżemy zegar na drugim piętrze, który niegdyś regulował rytm całego miasta – to według niego ustawiano wszystkie inne zegary w Rzymie. A nad nim? Balustrada z loggią, z której kiedyś rozbrzmiewał dzwon – zapewne taki, co potrafił zbudzić nawet najtwardszego śpiocha.

W 1870 r., po zjednoczeniu Włoch, budynek skonfiskowano i przerobiono na koszary. A że wojskowi także muszą się uczyć (choćby historii bitew), niedługo później powstało tu gimnazjum, które działa do dziś – z nieco mniejszą dyscypliną niż jezuici, ale za to z większą ilością przerw.

Skręćmy teraz w wąską uliczkę, która prowadzi wzdłuż prawego boku pałacu. Na jej końcu, po prawej stronie, odkryjemy kościół św. Franciszka Ksawerego, choć bardziej znany jest jako Oratorio del Caravità. Miejsce to ma długą historię i drugie życie – jak bohaterowie opery.

Oratorio del Caravità

Pierwotnie, od 1192 r., stał tu kościół św. Mikołaja, romańska perełka, o którą dbało Bractwo Forbiciai – rzemieślnicy od nożyczek i ostrych narzędzi. Można powiedzieć, że był to pierwszy kościół „pod wezwaniem cięcia”. Niestety, w 1405 r. uderzył weń piorun – dosłownie, nie metaforycznie – i spalił świątynię na wiór.

W 1551 r. teren przekazano Jezuitom, którzy z czasem przenieśli się do nowego kościoła św. Ignacego, a stara świątynia została rozebrana. Na jej miejscu w 1633 r. powstało obecne oratorium, przestrzeń bardziej kameralna, ale pełna duchowego i artystycznego uroku.

Wnętrze oratorium skrywa m.in. XVI-wieczny drewniany krucyfiks, cykl malowideł „Dzieje św. Franciszka Ksawerego” autorstwa Lazzaro Baldi, oraz znakomite obrazy: „Święta Trójca i św. Franciszek Ksawery” pędzla Sebastiano Conca, a także „Pietà” namalowaną przez Baldassarre Peruzziego. Wisienką na torcie są rzeźbione ławy z drewna orzechowego – oryginalne, XVI-wieczne, prawdziwy rarytas dla miłośników stolarstwa i historii.

Co ciekawe, oratorium jest fizycznie połączone z Collegio Romano przez tzw. Łuk Jezuitów – jakby sam św. Ignacy chciał mieć skrót między duszą a rozumem.

Wychodząc z oratorium, skręcamy w lewo i po chwili stajemy na Piazza di S. Ignazio – placu, który wygląda jakby zaprojektowano go z myślą o operetce albo scenie baletowej. To ucieleśnienie barokowego teatru miejskiego.

Po prawej stronie dostrzegamy trzy bajkowe pałacyki w stylu rokoko, zwane potocznie „burrò”.

Jeden z pałacyków „burrò”
Plac z pałacami zwanymi „burrò”

Brzmi jak maślane ciasteczka – i nie bez powodu, bo architektura ta dosłownie rozpływa się w oku. Całość została zaprojektowana w latach 1727–1728 przez Filippo Raguzziniego, architekta z wyczuciem gestu, który potrafił zakrzywić ścianę z takim wdziękiem, że aż chciałoby się ją przytulić.

I teraz najlepsze – według miejskiej legendy, Raguzzini celowo zaprojektował te teatralne fasady, aby odwrócić uwagę od zbyt wysokiej i monumentalnej fasady kościoła św. Ignacego, który stoi naprzeciwko. Architektura jako strategia dyplomatyczna – oto prawdziwa kreatywność!

Fasada oraz sklepienie z fałszywą kopułą w kościele S. Ignazio

To barokowa perła wśród świątyń Wiecznego Miasta – kościół, który powstał z miłości… do św. Ignacego Loyoli, a nie – jak można by sądzić po złoceniach – do przepychu. Budowę rozpoczęto w 1626 r. na zlecenie kardynała Ludovisi, gorliwego promotora niedawno kanonizowanego (bo w 1622 r.) świętego założyciela Towarzystwa Jezusowego. Projekt powierzył Oraziowi Grassi, ale planami wspierali go również architektoniczni giganci: Carlo Maderno, Paolo Marucelli i Orazio Torriani. Efekt ich współpracy można było podziwiać już w 1685 r., kiedy to świątynię ukończono.

Fasada może nie rzuca się w oczy z kilometra, ale za to nawiązuje bezpośrednio do słynnego Il Gesù, matki wszystkich kościołów jezuickich. Styl barokowy w najlepszym, teatralnym wydaniu, pełen dramatyzmu, iluzji i – nie oszukujmy się – złota, które mogłoby zadowolić samego Midasowi.

Wnętrze oparto na planie krzyża łacińskiego z absydą i kaplicami bocznymi. Ale to, co naprawdę rzuca na kolana (i to nie tylko z nabożności), to freski iluzjonistyczne – prawdziwy majstersztyk jezuickiego geniusza – Andrea Pozzo. Na sklepieniu rozgrywa się spektakularna „Apoteoza św. Ignacego”, w której niebo otwiera się przed Ojcem Założycielem jak scena teatralna – anioły wylatują, światło spływa, a widzowi kręci się w głowie (dosłownie i w przenośni).

I teraz hit programu: fałszywa kopuła! Tak, tak – nie ma kopuły? To ją namalujemy! Pozzo wziął 13-metrowe płótno, pędzle i perspektywę godną samego Leonarda i… voilà! Patrzysz – widzisz kopułę. Podchodzisz bliżej – a tam płasko! Sztuczka godna Houdiniego.

Bogate wnętrze kościoła S. Ignazio

Całość wnętrza to uczta dla zmysłów – szlachetne kamienie, marmury, złoto, stiuki – iście królewski wystrój, który mógłby zawstydzić niejedną rezydencję Habsburgów.

Prawa nawa

Kaplica 1): Obraz „Dziewica Maryja i św. Stanisław Kostka” – dzieło z XVIII wieku. Skromne, ale z ducha jezuickie – czyli pobożne i z klasą.

Kaplica 2): Tu mamy już barokowy festiwal: „Dziewica Maryja i św. Józef” pędzla Francesco Trevisaniego, a w prawej lunecie – jego kolejne dzieło: „Ostatnia Komunia św. Ludwika Gonzagi”. Lewą lunetę zajął Giuseppe Chiari, a sklepienie dekorował Luigi Garzi. Działa tu więcej mistrzów niż w całej renesansowej Florencji!

Kaplica 3): „Przedstawienie Marii w świątyni” autorstwa Stefano Pozziego – klasyczna scena, ale wykonana z gracją i wyczuciem epoki.

Prawy transept

Ołtarz zaprojektował nie kto inny jak sam Andrea Pozzo, a w nim monumentalna marmurowa kompozycja „Gloria św. Ludwika Gonzagi” autorstwa Pierre’a Legros (1697–1699). Pod spodem spoczywa urna z relikwią świętego. Sklepienie wieńczy kolejna „Gloria św. Ludwika” autorstwa Pozza – jeśli ktoś jeszcze nie wiedział, że świętość może być efektowna, teraz już wie.

Kaplica po prawej stronie absydy

To tutaj spoglądają na nas papież Grzegorz XV i jego wierny współpracownik kardynał Ludovico Ludovisi – obaj upamiętnieni w pomniku autorstwa Pierre’a Legros, z towarzystwem czterech dostojnych Cnót kardynalskich dłuta Camillo Rusconiego. Oto przykład barokowego PR-u – marmurowy i trwały.

Kaplica główna

Tutaj Andrea Pozzo przeszedł samego siebie. W centrum fresk „Wizja św. Ignacego”, a po bokach: po prawej „Św. Ignacy zaprasza św. Franciszka Ksawerego do Indii”, po lewej „Św. Ignacy odbiera św. Franciszka Borgię”. Całość to barokowy manifest wiary i misji – czyli jezuici w akcji!

Kaplica na lewo od absydy

Statua św. Ignacego ze stiukową dekoracją – niepozorna, ale ważna, bo przypomina, kto tu naprawdę rządzi.

Zakrystia

Skromna, ale godna uwagi: XVI-wieczny ołtarz z obrazem „Madonna z Dzieciątkiem” autorstwa Pierre’a Delattre’a. Również lunety jego pędzla – subtelne, ale wyraziste.

Lewy transept

Ołtarz zdobi marmurowa „Zwiastowana” – dzieło Filippo Della Valle. Obok niej rzeźby alegoryczne i anioły autorstwa Pietro Bracciego, a na sklepieniu kolejne malarskie widowisko: „Wniebowzięcie” pędzla Andrea Pozzo. Po bokach freski Ludovico Mazzantiego – nie ma tu martwych punktów.

Lewa nawa

Kaplica 2): „Św. Franciszek Ksawery i św. Franciszek Borgia” – znowu Pierre Delattre w formie.

Kaplica 1): „Św. Grzegorz Wielki” – też jego dzieło. Widać, że Delattre miał etat w tym kościele.

Kaplica „Pierwsza Pierwotna”

Zwana też z czułością oratorium jezuickich początków, zdobiona freskami Borgognonego – pamiątka po skromnych początkach wielkiego zakonu.

Wychodząc z kościoła, kierujemy się w lewo i trafiamy na kameralny Plac św. Macuto (Piazza di S. Macuto) z kościołem o tym samym wezwaniu. Pierwsze wzmianki o tej świątyni pochodzą z 1192 r., a zatem starszy niż wielu świętych. Początkowo należał do Dominikanów, a w 1539 r. przeszedł w ręce Bractwa Bergamaschi, które dobudowało przy nim szpitalik. Gościł on m.in. samego Torquato Tasso – w 1588 r. pewnie przyszedł na leczenie melancholii twórczej.

W 1579 r. kościół przeszedł przebudowę, a potem trafił pod opiekę Jezuitów. Dziś ma jedną nawę i kolebkowe sklepienie z 1819 r. – prosty, ale uroczy.

Po lewej: kościół S. Macuto; po prawej: Palazzo Gabrielli

Idziemy dalej uliczką via del Seminario, by dotrzeć do jej eponimicznego budynku – Palazzo Gabrielli (nr 120), dawne seminarium, dziś Izba Deputowanych. Cóż, z duchowych powołań do politycznych ambicji – Rzym zna takie przypadki.

Naprzeciwko, pod numerem 87, stoi XV-wieczny pałac zbudowany dla Diego de Valdésa, kamerdynera papieża Aleksandra VI Borgii. Później mieściła się tu Accademia d’Armi Aurelio Greco, co upamiętnia skromna tablica.

Pod numerem 76 – monumentalny, zakrzywiony Palazzo S. Macuto, dziś siedziba posłów, dawniej klasztor dominikański, potem siedziba Ministerstwa Poczty. Tuż przy wejściu – pomnik poświęcony poległym pracownikom poczty w I wojnie światowej. Szacunek dla tych, którzy łączyli ludzi listem i krwią.

Palazzo S. Macuto

Obok wejścia znajduje się pomnik poświęcony pracownikom poczty poległym w I wojnie światowej.

Na deser: Palazzo Serlupi Crescenzi (nr 113), zbudowany w 1585 r. wg projektu Giacomo Della Porta. Wciąż w rękach rodu Crescenzi Serlupi – jak widać, arystokracja wie, jak trzymać się swoich murów.

Palazzo Serlupi Crescenzi

Przed nami znów otwiera się znajomy plac z monumentalnym Panteonem. Nasz długi i pełen wrażeń spacer dobiegł końca. Nogi bolą, oczy pełne baroku, a dusza? Dusza aż śpiewa.

W następnym odcinku – ukryte perełki regionu Trevi. Będzie malowniczo, ciekawie i – jak zwykle – po rzymsku.

Do zobaczenia w Rzymie! 🇮🇹✨

——————————-
Podoba Ci się Spacerownik po Rzymie? Postaw nam kawę, przy kawie teksty szybciej się piszą 😜

Postaw mi kawę na buycoffee.to

 

 

Bibliografia:

      • C. Rendina, Le Chiese di Roma, Newton & Compton Editori, Milano 2000;
      • Giorgio Carpaneto, I palazzi di Roma, Roma, Newton & Compton, 2004;
      • Claudio Rendina, Donatella Paradisi, Le strade di Roma. Roma, Newton Compton Editori, 2004.

Być może zainteresuje Cię również:

3 komentarze

  1. Czy byles kiedys w Panteonie podczas deszczu? Ciekawa jestem, jak to wyglada, kiedy pada i woda wpada przez oculus do otworu w posadzce. Potezny strumien wpada z halasem?
    Jakos nigdy nie skokarzylam grobu Margherity di Savoia z pizza, a widzialam w Neapolu te pizzerie, gdzie wykreowano Margherite. Teraz zwroce uwage na ten grob.
    Katarzyna Gaworek

Zostaw komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Ta strona używa Akismet do redukcji spamu. Dowiedz się, w jaki sposób przetwarzane są dane Twoich komentarzy.