Przed nami kolejny spacer po antycznej via Appia, tej samej drodze, która od wieków łączyła serce Rzymu z południowymi prowincjami – a dziś raczej serwuje nam piękne widoki i mnóstwo starożytnych tajemnic do odkrycia. Dziś wybierzemy się właśnie w tę najbardziej malowniczą jej część, usłaną strzelistymi cyprysami i dumnymi piniami, które stoją jak strażnicy, strzegąc spokoju licznych grobowców – bo w Rzymie nawet drzewa mają status VIP-ów.
Zapraszam Was za czwartą milę, gdzie zaczynamy tam, gdzie skończyliśmy ostatnio – przy ruinach tajemniczego i pełnego historii kościoła San Nicola a Capo di Bove.

Idziemy dalej, stąpając po kamieniach antycznej drogi, która pamięta kroki legionistów i cesarzy. Po kilkunastu minutach naszym oczom ukaże się Torre Capo di Bove – ruiny wieży, które na pierwszy rzut oka wyglądają jak porzucona budowla, ale kryją historię zaskakująco… nowożytną!

Na murze zauważymy tablicę informacyjną, że w roku 1865 ojciec Angelo Secchi przeprowadził tu prace geodezyjne. Ojciec Secchi, znany nie tylko ze swoich badań astronomicznych, ale także z zamiłowania do dokładności, postawił tutaj swój znak – a my możemy się tylko cieszyć, że ktoś na przestrzeni wieków dbał o porządek.
Pod numerem 222 natrafimy na coś, co wygląda na spokojną, choć pełną tajemnic posiadłość – Villa Capo di Bove.

W rzeczywistości to jednak całkiem spore stanowisko archeologiczne, gdzie archeolodzy wygrzebali ruiny term z II wieku naszej ery. Pomyślcie tylko – te termy były częścią ogromnej prywatnej rezydencji, która należała do samego Heroda Attyki, o którym wspominaliśmy przy okazji wizyty w Parco della Caffarella. Jej wielkość i przepych przyprawiają o zawrót głowy, zwłaszcza jeśli pomyślimy, że nie były to termy publiczne, ale luksusowy dom kąpielowy dla bogaczy, gdzie pewnie rzymska elita oddawała się relaksowi, plotkom i rywalizacji na temat najnowszych fryzur (ach, te igły z kości do układania włosów!).
Po upadku Imperium Rzymskiego termy znalazły nieco mniej błyszczącą funkcję – służyły jako zbiorniki do nawadniania pól uprawnych. Co tu dużo mówić, nawet w czasach chaosu trzeba było podlewać warzywa.
W 1302 roku posiadłość przeszła w ręce kardynała Francesco Caetani, siostrzeńca papieża Bonifacego VIII – czyli od razu wiadomo, że teren był dobrze pilnowany i wyjątkowo prestiżowy. Od 1660 roku właścicielem był Szpital Św. Zbawiciela, a później – od XIX wieku – ziemie kontrolowali zakonnicy z bazyliki św. Pawła za Murami. Po II wojnie światowej teren przeszedł w ręce prywatne, a nowy właściciel… wybudował sobie tam dom, jak gdyby nigdy nic. Dopiero w 2002 roku państwo włoskie wykupiło teren od rodziny Streccioni za… bagatela 3 miliardy lirów (przypomnijmy, że lir zniknął z obiegu, ale suma i tak robi wrażenie), i zaczęły się wykopaliska.
Dziś można zwiedzać to miejsce za darmo, a na powierzchni odkryto prawdziwe skarby: mozaiki, monety rzymskie, fragmenty polichromowanego marmuru oraz… brązową szkatułkę, prawdopodobnie na farby do makijażu, wraz ze szpachelką i igłami do fryzur – bo w antycznym Rzymie, jak widać, kobiety (i mężczyźni?) lubili wyglądać dobrze. W termach wyraźnie widać podział na poszczególne części: calidarium (gorące pomieszczenie), tepidarium (letnie) i frigidarium (zimne). Wodę dostarczały dwie gigantyczne cysterny o imponujących wymiarach 35 metrów długości, 2,4 metra szerokości i 2,35 metra wysokości – takie baseny na dachach wtedy chyba nie istniały!


W dawnym domu mieszkalnym urządzono archiwum poświęcone Antonio Cedernie – włoskiemu dziennikarzowi, intelektualiście i politykowi (1921–1996), gdzie przechowuje się około 4000 woluminów. Miejsce pełne wiedzy i historii, które dopełnia ducha tej niezwykłej posiadłości.

Podążając dalej, trafiamy do położonego po prawej stronie Fortu Appio pod numerem 258.

Ten fort jest jednym z 15 fortów rzymskich zbudowanych w latach 1877–1891, czyli już po upadku Imperium, ale nadal pełnych wojskowego ducha. Fort powstał w latach 1877–1880 z rozkazu króla Vittorio Emanuele II, zajmuje ogromną powierzchnię 16,5 hektara i przez pewien czas aż do roku 1910 był siedzibą Dyrekcji Artylerii Korpusu Lotniczego. Dziś pełni nieco bardziej współczesną funkcję – jest magazynem Departamentu Zautomatyzowanych Systemów Informatycznych Włoskich Sił Powietrznych, co brzmi jak kosmiczny upgrade dla średniowiecznych murów.
Co ciekawe, to jedyny fort w Rzymie z mostem zwodzonym o mechanizmie „alla Poncelet”, który wyróżnia się przeciwwagami i łańcuchem do podnoszenia. Nie, to nie jest nazwa nowego włoskiego deseru – to kawałek technicznej historii, który można by było nazwać „mostem z efektem wow” dla wszystkich fanów inżynierii.

Po stronie przeciwnej ulicy via Appia dostrzeżemy coś, co na pierwszy rzut oka wygląda jak zwykły ceglany blok, ale uwaga – to pozostałości grobowca Marka Serwiliusza IV, wyzwoleńca rzymskiego, który pewnie do końca życia dumnie powtarzał, że zrobił to „na własny koszt”.

Bo napis mówi wyraźnie: „grób zbudowano na jego koszt” – a dziś powiedzielibyśmy, że to jak inwestycja w nieruchomości z wieczystą dzierżawą. Cóż, Rzymianie lubili, gdy każdy mógł zostawić po sobie coś trwałego. Nawet jeśli był to wyzwoleńcem.
Tuż obok kryje się obiekt zwany Grobowcem Seneki.

Nie byle kim – bo w okolicy stał ponoć dom, gdzie mieszkał Lucjusz Anneusz Seneka Młodszy, filozof stoicki, mentor i wychowawca młodego Nerona. Wiecie, ten sam Neron, który gdy już objął tron, w roku 65 wydał swemu nauczycielowi polecenie… no właśnie, żeby się sam zabił. Seneka, zgodnie z honorem stoików, wykonał rozkaz właśnie w swojej rezydencji, co nadaje temu miejscu tragicznej, niemalże teatralnej atmosfery – taka antyczna wersja „rodzinnych dramatów”, tylko bez Prime Video.
Naprzeciwko, dosłownie tuż przy grobowcu Seneki, stoi coś, co miejscowi nazywają Okrągłym Mauzoleum.

Niestety, o nim wiemy równie wiele, co o tym, co znajdzie się w kolejnym odcinku serialu, bo źródła milczą. To cylindryczne ciało wznosi się na prostokątnej podstawie, ma jedno pomieszczenie nakryte sklepieniem, a w środku – aż cztery nisze na sarkofagi. Czy to była jakaś ekskluzywna rodzinna kryjówka? Nikt nie wie. Czasami historia lubi sobie robić z nas żarty i zostawiać zagadki bez odpowiedzi.

Jeszcze niedaleko stoi fragment grobowca synów św. Pompejusza Giusto. Tutaj również brakuje szczegółów, ale dzięki fragmentom inskrypcji możemy zidentyfikować właściciela. To trochę jak odnaleźć stare rodzinne zdjęcie bez twarzy – wiemy, że ktoś ważny tam był, ale szczegóły pozostają w cieniu.

A teraz pod numerem 286 natrafiamy na pozostałości grobowca św. Urbana – biskupa i męczennika.

W II wieku była tu rezydencja pewnej rzymskiej matrony, Marmenii, która przyjęła chrzest (co było wtedy nie lada wydarzeniem, bo chrześcijaństwo było jeszcze w fazie raczkowania). To właśnie z jej woli ciało św. Urbana zostało złożone na terenie jej posiadłości, wcześniej pochowanego w katakumbach Pretestato. Po śmierci Marmenii dom przeszedł w ręce Kościoła i zmienił się w cmentarz chrześcijański, czynny aż do tragicznej inwazji Wizygotów w roku 410.
Podczas wykopalisk odsłonięto tu wiele sarkofagów, które do dziś możemy podziwiać. Mauzoleum składało się z hypogeum (czyli sali grobowej) oraz z głównej sali ceremoniowej, do której wchodziło się po schodach.

Wyobraźcie sobie te misterne obrzędy odbywające się w tym miejscu! A w XIII wieku całe mauzoleum przeobrażono w wieżę obronną – Torre Borgiani – której fragmenty nadal można zobaczyć. Kto by pomyślał, że miejsce spoczynku świętego zmieni się w coś jak średniowieczna strażnica?
Po drugiej stronie drogi natrafiamy na ruiny obiektu z II wieku zwane Świątynią Jowisza. Co do niej, historia milczy, tak jakby świątynia postanowiła pozostać tajemnicą, ukrytą wśród ruin. Możemy tylko zgadywać, jaki kult tam się rozwijał, i czy Jowisz faktycznie patrzył na tych, którzy tu przychodzili, z lekkim uśmiechem.

Kolejne metry via Appia to prawdziwa mozaika grobowców – znanych i mniej znanych. Zacznijmy od tomby Gajusza Licyniusza, o którym wiemy jedynie tyle, co mówi inskrypcja – czyli jego nazwisko i fakt, że chciał być zapamiętany.

Niedaleko leżą ruiny tzw. Grobu Doryckiego – nie wiemy, kto tam spoczywał, bo tablica inskrypcyjna zaginęła w czeluściach historii. Wiadomo tylko, że pochodzi z końca epoki republikańskiej, prawdopodobnie z czasów Juliusza Cezara – czyli idealne miejsce na plotki o cesarskich romansach i tajnych spotkaniach.

Podziwiać możemy także grobowiec Ilario Fusco, z zachowaną płaskorzeźbą przedstawiającą portrety zmarłych – ciekawe, czy robiono tam selfie? Tak czy inaczej, ten grobowiec również pochodzi z końca epoki republikańskiej i z pewnością kryje sporo historii o rodzinie, której już dziś nie znamy.

Zbliżając się do końca tej części spaceru, docieramy do grobowca Tyberiusza Klaudiusza Secondo Filippiano z końca I wieku n.e. Był on wyzwoleńcem Nerona (a więc ktoś, kto umiał zrobić karierę nawet pod panowaniem tego ekscentrycznego cesarza). Tu spoczywa on wraz z żoną Flavią Ireną oraz dziećmi – Tyberiuszem Klaudiuszem Secondino i Claudią Secondiną. Rodzina jak każda inna, tylko z epoki, w której życie potrafiło być mniej przewidywalne niż dzisiaj kalendarz wydarzeń sportowych.

Kilka kroków dalej napotkamy grobowiec Kwintusa Apulejusza. Zachował się fragment inskrypcji oraz piękny, kwiecisty lakunar, czyli kaseton zdobiony kwiatonem – taki antyczny odpowiednik naszego kwiatowego tatuażu, ale z dużo większą trwałością.

Jeszcze dalej, mijając Mauzoleum zwane Małą Świątynią, które pochodzi z II wieku n.e., możemy podziwiać zachowaną bazę i ścianę z niszą na sarkofag – ciche świadectwo wieków minionych.

Tuż za nią, na tej samej stronie, wyłania się Grobowiec Rabirii – wyzwoleńców rzymskich, co wynika z inskrypcji.

Obiekt pochodzi z I wieku p.n.e. i zdobiła go płaskorzeźba przedstawiająca początkowo dwie osoby z rodu Rabirio. Trzeci portret, po prawej stronie, dodano w I wieku n.e. – być może wtedy pochowano Ursia Primę, kapłankę bogini Izydy, co dodaje jeszcze więcej tajemnicy i mistycyzmu temu miejscu.
Kolejne ruiny Tomby dei Festoni, która kusi nas swoim fryzem festonowym, czyli takim rzymskim girlandowym majstersztykiem, zapewne z czasów republiki. Można by rzec, że to taki antyczny wieniec laurowy w formie architektonicznej, idealny do celebrowania wiecznego odpoczynku.

Za rogiem wyłania się Grobowiec Frontespizio, gdzie na płaskorzeźbach zobaczymy portrety zmarłych, czyli starożytny „Instagram” w wersji rzeźbionej — tam nikt nie mógł scrollować, ale na pewno wpatrywał się godzinami.

Jeszcze dalej trafimy na Tombę Arkadową — swoją nazwę zawdzięcza charakterystycznej budowie, przypominającej arkady, ale nie myślcie, że to taka rzymska łukowa impresja do codziennego użytku. To jednak poważna sprawa.
Mijając małe skrzyżowanie, po lewej zauważymy kolejny grobowiec w formie małej świątyni, datowany na II wiek n.e.

A naprzeciwko stoi sobie fragment tajemniczej budowli, zwany nie mniej tajemniczo Betonową Wieżą. Ta nazwa aż sama się prosi o jakieś sensacyjne teorie — kto wie, czy nie była to forteca wyzwoleńców żydowskiego pochodzenia, albo ich pierwsza „betonowa knajpa”. Prawda jak zwykle gdzieś po środku.

Idąc dalej docieramy do Mauzoleum Rotundalnego — okrągły budynek, o którym nic konkretnego nie wiemy, co przypomina trochę sytuację, gdy twoja prababcia mówi: „Kiedyś tu coś było, ale nie pamiętam co”. Tu akurat pamięć historii szwankuje, więc sam fakt, że dotrwał do naszych czasów, to i tak sukces.

A teraz najfajniejsza część: via Appia na tym odcinku nazywa się Fossae Cluiliae — czyli miejsce, gdzie w VII wieku p.n.e. biegła fosa oddzielająca Rzym od Albalongi. I tu zaczyna się legenda, która sprawia, że historia Rzymu to nie tylko daty i kamienie, ale prawdziwe kino akcji!

W roku 673 p.n.e. król Tuliusz Hostyliusz (imienia łatwego do zapamiętania, przyznajcie) marzył o podbiciu Albalongi — miasta, które albo było tak blisko, że aż piekło sąsiadów, albo po prostu nie chciał mieć konkurencji w hodowli bydła. Kłótnie między pasterzami obu miast o kradzież zwierząt stały się pretekstem do wojny, bo jak to w Rzymie – wszystko można załatwić mieczem. Walka ciągnęła się bez rozstrzygnięcia, więc wymyślono sposób bardziej „sportowy”: pojedynek trzech najdzielniejszych wojów z każdej strony.
Z jednej strony stanęli bracia Horacjusze, z drugiej – bracia Kuracjusze z Albalongi. Co ciekawe, oba rody były spokrewnione — można by rzec, że to była rzymska wersja rodzinnej sprzeczki, tylko że z ostrymi sztyletami. Walka była długa i brutalna. Został tylko jeden Horacjusz i dwóch Kuracjuszy, obaj ranni. Horacjuszowi udało się zabić obu kuzynów. Rzym triumfuje, Albalonga pada, a ciała poległych pochowano z honorami właśnie tutaj — na Fossae Cluiliae.
Ale jak to w tragedii rodzinnej bywa, historia miała dalszy ciąg. Wracając do domu, Horacjusz spotkał swoją siostrę Horację, która zamiast lamentować nad zmarłymi braćmi, rozpłakała się nad śmiercią narzeczonego – jednego z Kuracjuszy. Na to Marek Horacjusz zareagował klasycznie rzymsko: zabił ją! Mówił przy tym coś w stylu: „Niech tak ginie każda Rzymianka, która się żałośnie rozczula nad śmiercią wroga.” Nie brzmi to zbyt empatycznie, ale to Rzym, tu się nie pieścimy.
Za to Rzym miał swoje prawo i Horacjusz został skazany na śmierć za zabicie obywatelki. Jednak ojciec wojownika przekonał sąd, że to jego ostatni syn i nie da rady przeżyć jego straty. W efekcie Marek Horacjusz uniknął śmierci, ale musiał przejść pod jarzmem — symboliczną karą i upokorzeniem, którą wyobrażam sobie jako starożytną wersję więziennego „community service”.
Tuż za zakrętem, po prawej stronie, stoi Tomba Kuracjuszy — cylindryczny tumulus z wejściem prosto do grobowej komory. Za nią wąska uliczka prowadzi gdzieś dalej – obiecuję, że za chwilę tam wrócimy.

Na razie idziemy dalej via Appia i już po lewej ukaże nam się Piramidalny Grobowiec – jak nietrudno zgadnąć, zbudowany na kształt piramidy i najpewniej należał do rodu Quintili. Pochodzi z II wieku n.e., a o samym rodzie i ich rezydencji w głębi opowiemy sobie później, bo to ciekawa historia, którą warto zachować na deser.

Kilka kroków dalej, po prawej stronie, dostrzeżemy dwa małe kopce, czyli grobowce Horacjuszy — o tych panach już wiecie, to rodzina, która naprawdę potrafiła zrobić dramat nawet z grobowca.

No dobrze, wracamy na moment do tej wąskiej uliczki, która z via Appia Antica odchodzi jak tajemniczy zaułek, gdzie czas jakby zwalniał. Pod numerem 251 kryje się wejście na prawdziwy rzymski kombajn archeologiczny — teren, który mógłby zawstydzić niejeden hollywoodzki plan filmowy. Mówimy o olbrzymiej arenie archeologicznej, gdzie znajdziemy aż dwa perełki: średniowieczny Casale di S. Maria Nova oraz — uwaga, uwaga — ruiny Villi dei Quintili.
Tak, ta willa to nie byle co. To prawdziwy przykład rzymskiego przepychu w skali XXL, czyli coś jak rezydencja na bogato, tylko że z marmurem, kolumnami i mozaikami zamiast jacuzzi i basenu z widokiem na morze. Aż chce się powiedzieć, że gdyby Quintiliowie mieli Instagrama, to by zapewne mieli miliony obserwujących na #luxurylife.
Ale zanim zaczniemy podziwiać rzymskie złote czasy, musimy przejść przez klasyczną procedurę — zakup biletu. Przy wejściu dostaniemy też plan, jak na lotnisku — tylko zamiast gate’ów mamy kolejność zwiedzania. Co ciekawe, choć plan jest oczywiście sporządzony według jednego schematu, my na przekór wszystkim ruszamy w przeciwnym kierunku. Bo jak tu nie być buntownikiem, skoro spacer po willi to jednocześnie lekcja historii i trening dla nóg?
Przygotujcie się zatem na wędrówkę przez czas i przestrzeń, gdzie średniowiecze spotka się z antykiem, a historia będzie opowiadana zarówno przez kamienie, jak i przez wiatr huczący między kolumnami. Aha, i zapnijcie pasy — podróż zaczyna się właśnie teraz!

Przed nami od razu wyrasta Casale di S. Maria Nova, czyli średniowieczna rezydencja, która wygląda jakby postanowiła zagarnąć trochę rzymskiej historii na własność. Wspólnie z nią na tym terenie znajdziemy także starą cysternę na wodę – tę zaznaczoną na planie literą V.

Ale uwaga! Ta średniowieczna budowla to nie jest jakieś tam świeżynka, bo została wzniesiona na fundamentach dużo starszych – rzymskiej cysterny z II wieku, która dostarczała wodę do słynnej Villi dei Quintili. Tak, ta willa to nie tylko luksus, ale i dobrze zorganizowana wodociągowa infrastruktura — bez niej nawet najlepsze łaźnie by się nie rozkręciły! A na dokładkę: w roku 2006 państwo włoskie wykupiło ten teren – na szczęście, żeby nie trafił na sprzedaż na aukcji w stylu „dziwaczne ruiny i co z nimi zrobić”.
Podążając wyznaczonym szlakiem, docieramy do ruin małego kompleksu termalnego (oznaczonego literą U), odkrytego dopiero niedawno, między 2006 a 2008 rokiem – czyli świeżynka w świecie archeologii.

To, co tu widzimy, pochodzi z II wieku i było kiedyś częścią pewnej nieznanej, aczkolwiek pewnie bardzo luksusowej rezydencji. Patrząc na ruiny, można zgadywać funkcję poszczególnych pomieszczeń, jak prawdziwy detektyw historii.
Na przykład zauważamy pokój z absydą — to musiało być frigidarium, czyli basen z zimną wodą, gdzie Rzymianie chłodzili się po intensywnych kąpielach. Po lewej widzimy dwa pokoje z mozaikową posadzką, której fragmenty zachowały się z walkami gladiatorów i wyścigami rydwanów – doskonała rozrywka w wersji XXL! Pod tymi mozaikami skrywa się system hypocaustum — czyli podgrzewana podłoga, znany rzymski wynalazek, który wprowadził „ciepłe stopy” na wyższy poziom.

Te dwa pokoje to zapewne tepidarium — miejsce relaksu i komfortu.

Idąc dalej, po lewej mija nas pozostałość jednej z olbrzymich rzymskich cystern (litera Q), które zasilały willę w wodę niczym dzisiejsze rury kanalizacyjne, tylko o wiele bardziej efektowne. A dalej… dochodzimy do najbardziej wysuniętej części Villi dei Quintili.

Zanim zagłębimy się w ruiny, rzucimy okiem na krótką, ale dramatyczną historię tego miejsca. Villa została zbudowana na wzgórzu powstałym na skutek wybuchu wulkanu Albano — tak, Rzymianie mieli swoje „wulkaniczne widoki”. Budowę datujemy na pierwszą połowę II wieku, za czasów panowania cesarza Hadriana — mistrza w kwestii rezydencji i architektonicznych wodotrysków.

Jak wiemy, właścicielami byli dwaj bracia — Sesto Quintilio Condiano i Sesto Quintilio Valerio Massimo, arystokraci i konsulowie z roku 151. Ich nazwisko zachowało się na ołowianych rurach, które można dziś podziwiać w muzeum na terenie Villi. A teraz ciekawostka, która mogłaby spokojnie trafić na pierwszy news w serwisie plotkarskim starożytnego Rzymu: kiedy do władzy doszedł cesarz Kommodus, nie zadziałał jak fan sportu, lecz jak prawdziwy gangster. Zapragnął przejąć majątek Quintiliów, oskarżył ich o spisek i w roku 183 kazał zgładzić obu braci, przejmując willę na własność. Później, aż do III wieku, mieszkało tu kilku kolejnych cesarzy, ostatnim był cesarz Tacyt.
Po upadku cesarstwa zachodniorzymskiego i krótkiej bizantyjskiej interwencji — o czym świadczą znalezione tu pieczęcie cesarza Teodoryka — willa pełniła różne funkcje, w końcu trafiła pod opiekę Kościoła. Przez wieki przeszła z rąk do rąk: od klasztoru Sant’Erasmo al Celio, potem pod opiekę świątyni Santa Maria Nova (obecnie Santa Francesca Romana), a pod koniec XVIII wieku stała się własnością Szpitala Santissimo Salvatore na Lateranie.
W roku 1797 posiadłość zakupił książę Giovanni Raimondo Torlonia, który urządził pierwsze wielkie wykopaliska, przynosząc na świat mnóstwo dzieł sztuki, zasilając swoją rodzinną kolekcję. Dopiero w roku 1985 teren przeszedł na własność państwa, a wykopaliska trwały nieprzerwanie do dziś — archeolodzy mają tu co robić, a każdy kamień może skrywać tajemnicę.
Ciekawostka dla kinomanów: ruiny Villi wykorzystał sam Woody Allen w filmie „Zakochani w Rzymie” — czyli można powiedzieć, że Quintiliowie wciąż przyciągają celebrytów.

Zaczynamy spacer od najdalej wysuniętej części Villi — dwukondygnacyjnego nimfeum (litera H), czyli monumentalnej fontanny z czasów cesarza Kommodusa.

To nie byle fontanna, bo miała półokrągłą eksedrę zdobioną niszami i centralnie umieszczoną fontannę, która dziś jest raczej nostalgiczną ruiną.

Całość oryginalnie oddzielał mur od via Appia, z bramą ozdobioną kolumnami na wysokich bazach i pilastrami — czyli prawdziwe wejście godne cesarza.

Posadzka nimfeum była biała, wielkopłytkowa, dziś pozostały tylko fragmenty, ale wyobraźnia podpowiada, jak to musiało wyglądać.

Średniowiecze nie mogło sobie darować i nimfeum włączyło do swojego fortu — Castrum Caetani — o którym mówiliśmy już podczas poprzedniego spaceru. Cóż, stara rzymska fontanna zyskała nieco wojskowego charakteru.
Za nimfeum rozciągał się monumentalny ogród o długości 300 metrów, otoczony portykiem kolumnowym (litera R).

Po jego wschodniej stronie biegł akwedukt Anio Novus (litera N), zbudowany w 52 roku na zlecenie cesarza Klaudiusza.

To on dostarczał wodę do Villi dei Quintili i był jedną z tych rzymskich inwestycji, które aż chciałoby się nazwać „infrastrukturą na bogato”.
Wzdłuż akweduktu zbudowano sklepiony korytarz zwany Xystus, mierzący około 300 metrów, który łączył główną rezydencję z nimfeum.

Wchodząc do środka, po drugiej stronie zobaczymy ruiny kolejnej cysterny rzymskiej (litera P) – magazynu wody, który zasilali łaźnie zewnętrzne oraz wnętrza Villi.

Podążając dalej wzdłuż akweduktu, natrafiamy na ruiny jeszcze jednej cysterny (litera G), pełniącej podobną funkcję.

A po lewej — uwaga, uwaga — rozciąga się wielka łąka. To teren dawnego cyrku do wyścigów rydwanów (litera S), czyli antycznego odpowiednika stadionu Formuły 1, z długością około 400 metrów i szerokością 115 metrów. To tutaj wyścigi były tak emocjonujące, że dzisiejsze Grand Prix mogą się schować!
Wchodzimy na teren rezydencji, zaczynając zwiedzanie od części reprezentacyjnej — czyli tej, gdzie zapewne przyjmowano gości, którym chciano pokazać: „Patrzcie, tu mieszka ktoś ważny, kto zna się na dobrym marmurze i kolumnach”.
Przed nami olbrzymia przestrzeń, która nie była zwykłym podwórkiem, lecz prawdziwą architektoniczną perłą. Na pierwszy ogień idzie portykowa eksedra z półokrągłą salą, prawdopodobnie jadalnią, gdzie starożytni Quinitilowie ucztowali. Co ciekawe, podczas prac archeologicznych archeolodzy znaleźli tu… resztki posiłków! Możemy więc sobie wyobrazić, że gdyby z tego jedzenia powstał konkurs „co zostało zjedzone”, to zapewne wygraliby Rzymianie — tylko my dziś już niekoniecznie chcielibyśmy spróbować tego, co zostało.
Portyk ten był dekorowany marmurowymi kolumnami z korynckimi kapitelami, które, umówmy się, nie wyglądają jak zwykłe słupy – to raczej takie antyczne supermodele kolumn, obute w najlepsze ozdoby. Wokół dostrzeżemy też pozostałości małych pokoi — być może gościnnych, bo przecież rzymski pan domu musiał mieć gdzie rozstawić swoich znajomych, a także po stronie północnej dużą salę reprezentacyjną (litera A), gdzie odbywały się poważniejsze spotkania.

Schodzimy teraz na parter i idziemy korytarzem, który kiedyś był częścią dawnego dziedzińca. Tutaj znajdowały się małe, wewnętrzne ogrody otoczone kolumnowymi portykami (litera T).

Wyobraźcie sobie takie miejsce – w środku luksusowej rezydencji mini-paradise, gdzie można było odpocząć, z dala od gwaru, w cieniu marmurowych kolumn.

Te ogrody wyposażone były w otwarte wanny kąpielowe — jedną w formie prostokątnej możemy podziwiać po dziś dzień, nieźle zachowaną jak na swój wiek.
A teraz ciekawostka, która przyprawia o szybsze bicie serca każdego archeologa i fana rzymskiej technologii: po drugiej stronie korytarza, za murem, odkryto coś na kształt cementowni! Tak, dobrze słyszysz — w 2006-2008 roku znaleziono tu doskonale zachowane wapno rzymskie, wciąż świeże, gotowe do użytku po ponad 1800 latach!

Jakim cudem? Pomieszczenie było szczelnie zamknięte, bez dopływu tlenu, wielkości 4 metrów długości, 1,4 metra szerokości i ponad 1 metra wysokości. To jakby rzymski bunkier wapienny.
Z tego gaszonego wapna Rzymianie robili swoje magiczne spoiwa – czyli zaprawy murarskie, które łączono z innymi materiałami: pucolaną (pyłem wulkanicznym), piaskiem, czy proszkowanym marmurem. Dzięki temu ich mury i posadzki były nie do zdarcia, a malowane tynki nadal trzymają się jak w dniu malowania (no, prawie). To wapno zabrano i jako oryginalny materiał rzymski będzie używane przy ewentualnych renowacjach — trochę jak rzymskie „eko budownictwo”, tylko bez certyfikatów LEED.
Teraz przechodzimy za część dawnych ogrodów (litera T) do wejścia na teren owalu zwanego Ludus Viridarium (litera F).

To prywatna arena do walk gladiatorów! Tak, dobrze czytasz – własna arena do krwawych widowisk, która powstała po tym, jak cesarz Kommodus przejął Villę. Kommodus, znany z tego, że nie tylko był cesarzem, ale też zapalonym gladiatorem-amatorem (dla którego zwykłe rządy to było zbyt nudne zajęcie), bardzo często organizował tutaj walki, a czasem sam brał w nich udział. Możemy tylko podziwiać jego pewność siebie, albo uważać, że miał poważny problem z nadmiarem wolnego czasu.
Przy arenie znajdowała się też mała szkoła gladiatorów, choć dziś nie zostało z niej nic prócz fantazji archeologów. Po śmierci Kommodusa arenę przerobiono na ogród, czyli viridarium, bo najwyraźniej późniejsi mieszkańcy uznali, że czas na trochę mniej krwawe rozrywki.
Na lewo od areny widzimy kompleks termalny.

Kierujemy się tam korytarzem. Termy Villi dei Quintili składały się z trzech części. Centralną zajmowało tepidarium (litera L) – pomieszczenie relaksacyjne, składające się z wielu mniejszych sal: szatni, sal masażu, saun i łaźni parowych, oraz wanien do ablucji (czyli kąpieli oczyszczających). Wciąż widać tu pozostałości systemu grzewczego zwanego hypocaustum, czyli podgrzewanie podłogowe (a w tym przypadku – podłogowo-ścienne). Gorące powietrze, podgrzewane przez piece, wędrowało przez terakotowe rurki – tzw. tubuli – ukryte w ścianach i uchodziło przez otwory na szczytach ścian, utrzymując temperaturę i wygodę kąpiących się.

Woda w basenach i wannach podgrzewana była przez zanurzeniowe kotły z brązu, które chyba można by nazwać antycznymi bojlerami – tylko te, niestety, nie miały termostatu.
W jednym z pomieszczeń term odnajdziemy nawet dziurę — pozostałość po piecu, zbudowanym już w czasach późniejszych.

W średniowieczu i renesansie ten piec służył do spalania antycznych marmurów, by odzyskać wapno — prawdziwe recyklingowe mistrzostwo! W rogach pomieszczenia widzimy jeszcze fragmenty, których piec nie zdołał spalić — chyba zbyt twarde na tę rzymsko-średniowieczną mieszankę.
Z tepidarium przechodzimy do dwóch innych części term. Pierwsza to calidarium (litera E) — duże pomieszczenie z basenem, gdzie rodzina Quintili relaksowała się w wodzie o temperaturze od 45 do 50 stopni Celsjusza.

Przy calidarium znajdowało się też laconicum, czyli sucha sauna, w której, jak mawiali Rzymianie, można było „wypocić trucizny” — czyli dokładnie to, co każdy z nas chciałby zrobić po wizycie u teściowej.
Po kąpieli w gorącej wodzie i pobycie w suchej saunie następowało przejście do frigidarium (litera D) — pomieszczenia z basenami zimnej wody, gdzie zamykały się pory skóry.

W centrum frigidarium panowała niska temperatura, a po bokach zachowały się fragmenty ławek, na których mieszkańcy Villi mogli sobie odpocząć.

Przy krótszych ścianach były dwa baseny z zimną wodą — idealne na chłodny reset.

Tuż obok frigidarium odnajdujemy także antyczną latrynę — z czterema siedzeniami obok siebie, czyli można było jednocześnie robić to, co trzeba, a przy tym towarzyszyć sobie wzajemnie w rozmowach towarzyskich.

Pod spodem biegł kanał, którym spływały nieczystości, a przed siedziskami była rynienka z wodą i… gąbkami, którymi Rzymianie się podmywali po „załatwieniu sprawy”. Gdyby dziś ktoś zaproponował taką toaletę, pewnie miałby co najmniej kilka negatywnych recenzji.
Po prawej stronie wejścia były umywalki do mycia rąk (na górze) i do obmywania stóp (na dole), wraz z prysznicem — bo i higiena w starożytnym Rzymie była na poziomie, którego nie powstydziłby się nawet dzisiejszy SPA.
Ostatnie skrzydło budynku to część mieszkalna (oznaczona literą B), gdzie prawdopodobnie właściciele Villi spędzali chwile prywatnego komfortu — czyli dokładnie to, czego każdy turysta pragnie po kilku godzinach zwiedzania: odpoczynku z dala od tłumów i kurzu.



Gdy opuszczamy tę część rezydencji, kierujemy się ścieżką, która prowadzi nas do budynku dawnych stajni. I nie, nie mówimy tu o jakichś zwykłych stajniach z XIX wieku, ale o rzymskim odpowiedniku parkingu dla koni — a w końcu gdy żyjesz w luksusie, nawet konie muszą mieć swoje „apartamenty”.
Dziś wnętrza tego budynku pełnią zupełnie inną funkcję — mieszczą się tu bowiem obiekty odnalezione podczas wykopalisk prowadzonych w latach 1925–1929 oraz w 1985 roku na terenie Villa dei Quintili. To właśnie tu znajduje się Antiquarium, czyli swoiste muzeum, w którym historia dosłownie „siada na skale”.

W centralnym miejscu Antiquarium dumnie prezentuje się potężny posąg „Zeusa” siedzącego na skale — pochodzi z połowy II wieku. Trzeba przyznać, że nasz Zeus wygląda, jakby miał za sobą niejedną długą naradę bogów — czy też po prostu liczył na kolejny obiad.
Wzdłuż ścian, za szybą gablot, możemy podziwiać całe bogactwo rzymskiego kunsztu: fragmenty rzeźb, portrety, reliefy, a także monety, detale architektoniczne oraz — co ciekawe — rury z wyrytym imieniem cesarza Kommodusa. Tak, tego samego Kommodusa, który nie tylko słynął z własnych walk gladiatorskich, ale jak widać, zadbał też, by jego imię było widoczne nawet w detalach hydraulicznych.
Oczywiście to tylko skromny wycinek tego, co udało się wydobyć spod ziemi — większość znalezisk zasiliła kolekcje Muzeów Watykańskich, gdzie królują wśród innych antycznych skarbów.
I tak kończymy kolejną fascynującą część naszej wycieczki, tym razem po Villa dei Quintili. Ale nie martwcie się — przed nami jeszcze ostatni, finałowy spacer po Via Appia Antica, gdzie historia i legenda mieszają się tak intensywnie, jak w dobrej rzymskiej sałatce.
——————————-
Podoba Ci się Spacerownik po Rzymie? Postaw nam kawę, przy kawie teksty szybciej się piszą 😜
Bibliografia:
- Elvira Cajano, Il sistema dei forti militari a Roma, Roma 2006;
- Giorgio Giannini, I forti di Roma, Roma 1998;
- Andreina Ricci, La Villa dei Quintili. Fonti scritte ed arti figurative, Roma 1998;
- Riccardo Frontoni, Giuliana Galli, Rita Paris, Villa dei Quintili. Guida pieghevole, Milano 2010;
- Susanna Le Pera Buranelli, Rita Turchetti, Sulla Via Appia da Roma a Brindisi, Roma 2003;
- Giuseppe Tomassetti, La campagna romana, antica, medioevale e moderna, Firenze 1979.
Doskonały spacer. Rewelacyjny opis.