Witajcie! Dziś zaczynamy cykl opowieści o miejscach, które tworzą Watykan, to maleńkie, lecz potężne państewko, które więcej razy zmieniało bieg dziejów niż niejeden kontynent. Na pierwszy ogień idzie to, co widać najpierw, jeszcze zanim zdąży się człowiek dobrze rozejrzeć i złapać równowagę po wyjściu z metra: Plac św. Piotra, czyli gigantyczne teatralne foyer Boskiego Spektaklu, jakim jest Watykan.

Ten monumentalny plac położony jest na skraju historycznego Rzymu, gdzie kończy się miasto ludzi, a zaczyna domena Ducha Świętego. Razem z bazyliką zajmuje on niewielką dolinkę pomiędzy wzgórzem Watykańskim a sąsiednim Janikulum. W starożytności było to miejsce, które najgrzeczniej rzecz ujmując, Pliniusz Starszy opisał jako: „niezdrowa okolica opanowana przez komary i węże”. Czyli jeśli ktoś miał ochotę na romantyczny spacer z widokiem, to musiał liczyć się z ryzykiem malarii i spotkania z gadzim gospodarzem.

Za czasów cesarstwa znajdował się tu Circus Vaticanus, czyli hipodrom, którego budowę rozpoczął niezrównany ekscentryk Kaligula, a ukończył – a jakże – jego duchowy brat w megalomanii, cesarz Neron. Fragmenty tego cyrku odnaleziono później pod południową częścią bazyliki i częściowo pod placem. I to właśnie tutaj, według starochrześcijańskiej tradycji, ukrzyżowano i pochowano św. Piotra, którego grób dziś przyciąga miliony pielgrzymów (i nieco mniejsze, ale za to bardziej zdeterminowane, grupy złodziei kieszonkowych).

Kiedy po edykcie mediolańskim z 313 roku Konstantyn postanowił zbudować pierwszą bazylikę św. Piotra, plac przed nią miał zupełnie inny charakter: kwadratowy, niebrukowany, o około 10-metrowym spadku od schodów bazyliki w stronę osady Borgo, którą można by wtedy nazwać raczej „dzikim osiedlem z widokiem na niebo”.

Po Roku Jubileuszowym 1500 postanowiono ten teren ucywilizować. Papież Aleksander VI Borgia (tak, ten od nepotyzmu i trucizn, czyli klasyka renesansowego pontyfikatu) ufundował budowę drogi łączącej Rzym i Watykan. Biegła ona od Mostu św. Anioła aż do placu, prawdopodobnie między kolumnadami, więc nazwano ją Portica Sancti Petri. Co ciekawe, aby droga powstała, trzeba było wyburzyć pewien osobliwy zabytek, piramidę zwaną Grobowcem Remusa, stojącą tam, gdzie dziś wznosi się kościół Santa Maria in Transpontina. Kiedyś jeszcze do niej wrócimy przy okazji włóczęgi po Borgo, bo to naprawdę historia z dreszczykiem (i to nie tylko przez pył z grobowca…).

Plac, jaki znamy dziś, narodził się dopiero po ukończeniu budowy drugiej, juliuszowskiej bazyliki św. Piotra, a konkretnie w latach 1656–1667.

Plac św. Piotra – widok z lotu ptaka

I tu na scenę wkracza Gian Lorenzo Bernini, człowiek, który prawdopodobnie urodził się z dłutem w jednej ręce i kompasem w drugiej. Mistrz Bernini dostał zadanie, które brzmiało: „zrób plac, który pogodzi niebo z ziemią, papieża z ludem, a barok z geometrią”. I trzeba przyznać, poradził sobie jak prawdziwy mag architektury.

Zadanie było wielowarstwowe jak cebula. Architektonicznie trzeba było zmierzyć się z monumentalną fasadą bazyliki. Miejsko, związać to z drogą prowadzącą od Rzymu, uwzględniając zabudowania Borgo. Funkcjonalnie, zapewnić przestrzeń na setki tysięcy wiernych, nie tracąc przy tym duszy miejsca. I wreszcie liturgicznie, dostosować wszystko do rytuałów papieskich z błogosławieństwem „Urbi et Orbi” na czele.

W 1656 roku Bernini przedstawił papieżowi Aleksandrowi VII Chigi pierwszy projekt: plac w kształcie trapezu, zamknięty przez portyki z fasadami budynków, pod którymi miały być sklepy. Czyli taka elegancka galeria handlowa z widokiem na zbawienie. Ale papież powiedział stanowcze „nie”, bo według niego nie oddawało to potęgi Kościoła. Za mało majestatu, za dużo zakupów.

W 1657 roku Bernini wrócił z drugim projektem. I to był strzał w dziesiątkę: plac na planie elipsy, zamknięty trapezem od strony bazyliki i objęty ramionami kolumnady. Dlaczego elipsa? A bo to barok, proszę Państwa, tu nic nie jest przypadkiem.

Po pierwsze, Bernini chciał, żeby plac symbolizował kulę ziemską, a kolumnada ramiona Kościoła obejmujące wszystkich ludzi, bez względu na to, czy przyszli się modlić, czy tylko zrobić selfie. Skąd to wiemy? Zachował się rysunek stworzony przez samego mistrza, który nie pozostawia złudzeń: to miało być objęcie jak od babci, która nie pyta, tylko tuli.

Zachowany rysunek Berniniego

Patrząc na ten rysunek, pozostaje jednak jedno pytanie bez odpowiedzi: co miał symbolizować obelisk umieszczony w centralnym punkcie placu? No cóż… każdy, kto spojrzy na rysunek z odpowiedniego kąta, może dojść do własnych wniosków 😏

Po drugie, kształt elipsy to ukłon w stronę astronomii, która w XVII wieku święciła triumfy. Po odkryciach Keplera i Galileusza wszyscy wiedzieli już, że planety nie krążą po kołach, ale po elipsach. Bernini nie tylko więc zaprojektował plac, ale też niejako przypieczętował sojusz nauki z wiarą.

Po trzecie, elipsa pozwoliła naprawić architektoniczne potknięcia poprzedników. Szeroka fasada bazyliki była zbyt dominująca a elipsa ją optycznie zwężała, jednocześnie ekspononując kopułę, która stała się koroną całego założenia. Bernini, będąc genialnym optykiem i architektem iluzji, zrobił coś, co do dziś oszukuje nasze oczy. Stojąc na placu, mamy wrażenie, że jest kwadratowy! Czy to jeszcze architektura, czy już magia?

Całość otoczył dwiema kolumnadami w porządku toskańskim – prostym, surowym i jednocześnie dostojnym. Składają się one z 284 kolumn i 88 pilastrów, a między nimi umieszczono 140 posągów świętych. Każdy z nich patrzy na nas z góry – dosłownie i w przenośni – przypominając, że nad głową mamy nie tylko niebo, ale i wieczność.

Fragment jednego z ramion kolumnady z widocznymi na szczycie posągami świętych

Kolumny na placu św. Piotra wyglądają na identyczne… ale to tylko złudzenie! Owszem, każda z nich ma taką samą wysokość, ale różnią się przekrojem. Te ustawione w ostatnim rzędzie są najszersze, a ich obwód maleje w miarę jak zbliżamy się do środka. Widzisz? Nawet kolumny uprawiają tutaj dietę optyczną. I nie bez powodu, wszystko to jeden wielki trik iluzjonistyczny! Kolumnada ta, podobnie jak kształt całego placu, została zaprojektowana specjalnie po to, by oszukać nasze oczy. Tak jak owalny plan placu optycznie zwęża fasadę bazyliki, tak rozstaw kolumnady podwyższa ją w oczach widza.

A to jeszcze nie wszystko. Tuż przy wejściu na plac znajduje się miejsce magiczne: z tego miejsca kopuła bazyliki wydaje się być dużo wyższa, niż jest naprawdę. Efekt? Tłumy turystów z zadartymi głowami i przymrużonymi oczami, usiłujących ogarnąć ten cudowny, architektoniczny kamuflaż.

Całość ma również głębokie znaczenie symboliczne. Kolumnada nie tylko organizuje przestrzeń, ale też nadaje miejscu wymiar sakralny. Już w starożytności kolumny kojarzone były z architekturą świątynną, a Bernini, stary lis, dobrze o tym wiedział. Chciał stworzyć nie tylko przestrzeń, lecz również doświadczenie. Coś, co otula wiernych ramionami Kościoła i prowadzi ich ku centrum duchowości, czyli ku bazylice św. Piotra.

Ale uwaga: zbudowanie tego placu było piekielnie trudne. Nikt z Was, stojąc pod tą monumentalną strukturą, nawet nie podejrzewa, jak bardzo Bernini się tutaj nagimnastykował.

Najpierw, jak to geniusz, stworzył rysunki techniczne kolumnady. I jak to geniusz zrobił to tak, żeby tylko on sam wiedział, co one oznaczają. Dla postronnego obserwatora wyglądałyby pewnie jak bazgroły znudzonego ucznia na lekcji religii. Następnie postanowił zbudować drewniany model w skali 1:1. Tak, pełnowymiarowy! Chciał zobaczyć, jak kolumnada prezentuje się w rzeczywistości. Problem? Otóż na miejscu planowanej budowy… stały domy! A jak wiadomo, dom to nie namiot, nie da się go tak po prostu przestawić.

Co zrobił Bernini? Namazał farbą kolumny na fasadach domów przeznaczonych do rozbiórki, niczym przedszkolak na ścianie, tylko bardziej wizjonersko. Dzięki temu mógł na żywo wyobrazić sobie, jak całość będzie wyglądać. Ale na tym nie poprzestał. Część kolumnady… namalował na płótnie, oprawił w ramy i ustawił w planowanych miejscach. Tak powstał pierwszy w historii barokowy teatr makietowy.

I wtedy wydarzyło się coś, co mogło zniszczyć cały plan. Porywisty wiatr, jakby zazdrosny o to architektoniczne widowisko, przewrócił i zniszczył wszystkie malowane konstrukcje. Bernini – uparty jak muł i dokładny jak zegarek szwajcarski, zaczął od nowa. Nie było zmiłuj. Każdy element musiał zostać przemyślany, postawiony, przetestowany. Dlatego też cała budowa trwała tak długo. Ale hej, nikt nie mówił, że stworzenie arcydzieła będzie szybkie jak złożenie szafki z IKEI!

A to jeszcze nie koniec marzeń Berniniego. Miał bowiem ambitny plan dodania trzeciego ramienia, które zamykałoby całkowicie plac od strony via della Conciliazione. Dwa istniejące ramiona symbolizowałyby objęcia Kościoła, to trzecie dłonie złożone do modlitwy. Miało to być osobne propyleum, coś na kształt majestatycznej bramy złożonej z dziewięciu nisz i wieży zegarowej na szczycie. Do tego planowano posągi świętych ciągnące się przez całą długość kolumnady. Plac miał wyglądać jak prawdziwy „Amfiteatr chrześcijański”, rzymskie Koloseum z duchowym upgrade’em.

Projekt Berniniego z widocznym trzecim ramieniem kolumnady

Projekt ten został przedstawiony 19 lutego 1667 roku kardynałom. Papież był zachwycony, kardynałowie już mniej. Bo wiadomo, jeszcze jedna budowla, jeszcze więcej wydatków, jeszcze więcej zamieszania. No i po co komu aż trzy ramiona, skoro dwa wystarczą? I tak projekt pozostał na papierze, a Bernini musiał obejść się smakiem. A szkoda, bo byłoby o czym opowiadać.

Ale wróćmy do tego, co jednak udało się zrealizować. Na szczycie kolumnady, na początku XVIII wieku, umieszczono 140 monumentalnych posągów świętych, każdy o wysokości około 3 metrów. 96 z nich spogląda na nas z owalnych ramion, a 44 z części trapezoidalnej. Wśród nich, dumnie prezentuje się jeden Polakświęty Jacek Odrowąż! Znajdziecie go po lewej stronie, w połowie kolumnady, trzeci posąg na lewo od herbu Aleksandra VII. Duma narodowa z marmuru!

Posąg św. Jacka Odrowąża

Ale to nie wszystko. Na jednym ramieniu kolumnady znajdują się posągi świętych obrońców wiary, a na drugim świętych broniących prymatu Rzymu. Każdy z posągów ma podpis z imieniem świętego i nazwiskiem autora… Tylko że te nazwiska są tak mikroskopijne, że nawet z lornetką trudno coś wypatrzyć. Dlaczego? Bo Bernini zlecił wykonanie tych rzeźb aż 140 artystom! Byli to głównie jego uczniowie i koledzy po dłucie.

Ale teraz najlepsze: po wykonaniu zadań artystycznych, Bernini delikatnie… usunął ich w cień. Taktyka była prosta: „Dzięki za robotę, chłopaki, teraz wszyscy będą mówić: To dzieło Berniniego!”. I tak właśnie się stało. Geniusz? Owszem. Ale i mały próżniaczek. Dziś nikt już nie pamięta nazwisk tych rzeźbiarzy. Wszystko to spływa na konto Wielkiego Gianlorenza. I nawet jeśli nie dłubał osobiście każdego palca u stopy świętego Bartłomieja, to przecież był reżyserem całego spektaklu.

Plac św. Piotra – ten wielki teatr sakralnego spektaklu – nie bez powodu wywołuje u odwiedzających efekt opadu szczęki. Całkowita długość placu, licząc od majestatycznego portyku bazyliki do wejścia na plac, to 334 metry, szerokość 240 metrów. Co więcej, ten kolosalny plac to nie była zachcianka nadętego architekta, ale projekt dostosowany do 100-tysięcznego tłumu, choć dziś wiemy, że da się wcisnąć trzy razy więcej ludzi. Podczas pogrzebu Jana Pawła II plac wypełniło 300 tysięcy wiernych, a kolejne 4 miliony (!) czekały poza placem, to już nie tłum, to morze dusz.

W latach 1724–1730 plac został elegancko wybrukowany czarnym bazaltem. Kamień ten, twardy jak sumienie spowiednika, wydobyto z kamieniołomów w okolicach Castelli Romani, czyli z tej samej krainy, gdzie rzymianie uciekają w upalne dni, by ochłonąć od upałów, makaronu i innych rzymian.

Do tego świętego amfiteatru świata prowadzi sześć bram ozdobionych inskrypcjami i herbami papieża Aleksandra VII – tego samego, który zafundował sobie monumentalny grobowiec wewnątrz bazyliki i który z lubością rozdawał architektom wyzwania godne Odyseusza.

A teraz uwaga: w centrum placu nie króluje żadna fontanna, żadna kolumna, ani nawet selfie-stick pielgrzyma z Brazylii. Króluje Obelisco Vaticano, czyli oryginalny egipski obelisk z czerwonego granitu, który widział śmierć św. Piotra, kiedy jeszcze stał w cyrku Nerona.

Obelisco Vaticano

Obelisk ma 25,5 metra wysokości (a 39,81 metra z cokołem i krzyżem na szczycie), czyli mniej więcej tyle, ile potrzeba, żeby skutecznie odstraszyć gołębie, ale nie duchy przeszłości.

Nie znajdziesz na nim hieroglifów, co dla obelisku to trochę jakby sfinksowi zabrać twarz. Został sprowadzony z Egiptu przez cesarza Kaligulę w 37 roku, a sam Kaligula najpewniej wyrwał go spod egipskiej świątyni, której nazwy nikt już nie pamięta, ale za to krąży teoria, że to obelisk Amenemhata II. Inni twierdzą, że to lipa i że Kaligula sam go sobie zamówił, nie w Ikei, ale w Egipcie i obelisk powstał już w czasach cesarskich. Skąd te teorie? Otóż datowano go na XIII wiek p.n.e., czyli albo Kaligula był świetnym archeologiem, albo egipski granit ma lepsze właściwości konserwujące niż formalina.

W 1586 roku, na rozkaz papieża Sykstusa V, genialny (i lekko zestresowany) architekt Domenico Fontana otrzymał zadanie przesunięcia obelisku, który pierwotnie stał po południowej stronie bazyliki. Brzmi łatwo? Tylko pozornie. Operacja trwała prawie cztery i pół miesiąca i nikt nie był pewien, czy Fontana dotrwa do końca z głową na karku. Serio, papież oznajmił, że jeśli monument się przewróci, to architekt traci głowę. Fontana miał ponoć przygotowany powóz zaprzężony w konie, gotowy do ucieczki, zaparkowany tuż za rogiem, jak w dobrym westernie. Na szczęście wszystko poszło zgodnie z planem – obelisk przeżył, Fontana też, a koń nie musiał się zrywać do galopu.

Dnia 30 kwietnia 1586 roku, po specjalnej mszy, 907 robotników rozpoczęło operację podnoszenia obelisku. I nie, to nie literówka, dziewięćset siedmiu! Samo podnoszenie trwało do 7 maja, a potem przez ponad miesiąc przesuwano monument centymetr po centymetrze, jakby obelisk był porcelanową wazą w rękach nerwowego kuriera. Następnie przez kolejne tygodnie podnoszono go na wysokość 8 metrów, żeby ustawić na cokole. Użyto do tego 47 drewnianych kołowrotów i 140 koni, czyli mniej więcej tyle siły, ile ma dziś przeciętny traktor, ale zdecydowanie więcej stylu.

Fontana korzystał z metod, które znali już starożytni Rzymianie 1500 lat wcześniej i jak widać, działały. Co ciekawe, nowe badania archeologiczne dowodzą, że 20 lat później obelisk przesunięto jeszcze raz o dokładnie 1,56 metra na północ. Być może Fontana się pomylił, być może ktoś chciał idealnie dopasować cień, a może po prostu kolejny papież miał „to słynne oko”.

W czasach antycznych na szczycie obelisku znajdowała się urna z prochami Juliusza Cezara dziś zamieniona na relikwiarz z fragmentem Krzyża Prawdziwego, na którym umarł Chrystus. Czyli zamiana: od imperatora do Zbawiciela, tylko w Watykanie.

Obelisk ten stał się centralnym punktem projektu placu, jaki później zrealizował Gian Lorenzo Bernini. W roku 1675 architekt dodał do niego otaczającą fontannę, która dziś wygląda na spokojną, ale zapewniam, podczas upału może uratować życie każdemu pielgrzymowi.

Stojąc przy obelisku, warto zwrócić uwagę na dwie rzeczy. Pierwsza – cały monument otacza szesnaście płytek, które tworzą tzw. Różę Wiatrów.

Róża Wiatrów otaczająca Obelisk Watykański

W żeglarskim żargonie to coś w rodzaju magicznego kompasu, ozdobionego 32 rumbami – kierunkami wiatrów, nie drinkami z palemką.

Przykładowa Róża Wiatrów umieszczana na dawnych mapach

To nie Bernini ją stworzył, choć Dan Brown w „Aniołach i Demonach” zgrabnie wmówił to całemu światu. W rzeczywistości Róża Wiatrów powstała ponad 100 lat po jego śmierci. Płytki umieścił astronom Filippo Gilli w 1817 roku.

Jedna z płytek Róży Wiatrów znana z „Aniołów i Demonów”

Ciekawostka: płytki leżą w takim miejscu, że pokazują długość cienia rzucanego przez obelisk w dniach przejścia Słońca z jednego znaku zodiaku w drugi. Niektórym służy za zegar słoneczny, innym do selfie. Cóż, czasy się zmieniają, ale geniusz pozostaje.

Drugą niesamowicie ciekawą rzeczą, która czyha na nas w samym sercu Placu św. Piotra, są tzw. „Centra Kolumnady” – dwie niepozorne, okrągłe płytki, które znajdują się dokładnie w połowie drogi między obeliskiem a jedną i drugą fontanną.

Centrum Kolumnady

Ot, małe, niepozorne kółeczka wtopione w bruk, ale nie dajcie się zwieść! To nie są jakieś zwykłe dekoracje, nie są to też pokrywki od studzienek kanalizacyjnych (choć Włosi lubią zaskakiwać i tam), tylko efekt genialnego kaprysu jednego z największych mistrzów baroku.

Tak, moi drodzy, Gian Lorenzo Bernini, człowiek, który nie znał słowa „skromność”, przygotował nam tutaj teatralny spektakl godny samego Apolla. Kiedy staniecie na jednej z tych płytek i spojrzycie na kolumnadę… zaczyna się czysta magia architektury! Oczom nie wierzymy. Nagle, ni stąd, ni zowąd, ta czterorzędowa kolumnada zaczyna przypominać armię dobrze wyszkolonych gwardzistów na paradzie – kolumny z tyłu znikają! Po prostu chowają się grzecznie za tymi z przodu, tworząc jeden idealnie prosty, jednorodny rząd. Bernini, ty barokowy Harry Potterze, co ty najlepszego zrobiłeś?

Ale to dopiero rozgrzewka.

Po lewej i prawej stronie obelisku znajdują się dwie monumentalne fontanny. I nie dajcie sobie wmówić, że są to bliźniaczki, bo Wikipedia kłamie, a niektóre przewodniki, delikatnie mówiąc, nie odrobiły zadania domowego. Te fontanny są jak siostry: podobne, ale każda z własnym charakterem, historią i… papieżem.

Ich istnienie zawdzięczamy papieżowi Pawłowi V Borghese, który w 1610 roku postanowił wskrzesić antyczny akwedukt Trajana, żeby Zatybrze znowu pluskało się w świeżej wodzie. Nazwano go Acqua Paola, na jego cześć oczywiście, bo jak wiadomo, papieże to bardzo skromne istoty, które nie mają nic przeciwko temu, by ich imieniem nazywać rzeki, akwedukty a nawet planety. Akwedukt działa do dziś i kończy swój spektakularny bieg w Fontannie Acqua Paola na wzgórzu Janikulum.

Od tego momentu woda zaczęła płynąć również do Watykanu, dzięki czemu można było zrealizować marzenie o dwóch fontannach. Obydwie wykonano z trawertynu i granitu, a ich budowa to dzieło inżynierii niemalże hydraulicznej magii. Dolne nisze mają 28 metrów obwodu, środkowe 16 metrów, a górne 12 metrów. A całość – proszę bardzo – osiem metrów wysokości.

Zacznijmy od tej po prawej stronie placu, jeśli stoicie przodem do bazyliki. Nazywana jest szumnie Fontanną Czterech Papieży. Dlaczego czterech? Ano, już tłumaczę.

Fontanna Czterech Papieży

Pierwszą fontannę zbudowano tu w 1490 roku z rozkazu papieża Innocentego VIII – to nasz papież numer jeden. 120 lat później nadeszła epoka wielkiego przemeblowania hydraulicznego i władcę Kościoła znowu korciło coś zmienić. Papież Paweł V, papież numer dwa, zlecił przebudowę całej infrastruktury wodnej, w tym i owej fontanny. Projekt powierzył mistrzowi Carlo Madernie, który w geście nieco ekstrawaganckim kazał ostatnią niszę ustawić odwrotnie, żeby przypominała… kapelusz kardynalski. Bo jak się bawić w baroku, to na całego!

Przychodzi kolej na papieża numer trzy, czyli Aleksandra VII – ten z kolei miał obsesję na punkcie symetrii i kazał Berniniemu zbudować drugą, lustrzaną fontannę, po lewej stronie placu. Ale był jeden mały problem – nie było wystarczająco dużo wody. Akwedukt Acqua Paola robił, co mógł, ale wypluwał z siebie ostatnie hektolitry jak stary ekspres po czwartej kawie.

I wtedy pojawia się nasz czwarty papież, Innocenty XI i z błyskiem w oku przyjmuje propozycję księcia Flavio Orsiniego, który stwierdził: „Mam jezioro, niech się przyda!”. I tak oto jezioro Bracciano, prywatna własność księcia, zaczęło zasilać fontanny Watykanu wodą godną nieba.

Druga z fontann na placu św. Piotra, po jego lewej – południowej stronie

Wyobraźcie sobie, że każda z tych niewielkich fontann – tak, tych, które wyglądają jak eleganckie podwórkowe ozdoby – wyrzuca około 300 hektolitrów wody na wysokość 8 metrów. Każda. Dziennie. Ciśnienie jak w rzymskiej polityce. Pod względem siły i objętości wody plasują się na drugim miejscu, zaraz po Fontannie di Trevi. Przypatrzcie się dobrze, różnice między nimi są subtelne, ale nie do przeoczenia. Wchodzimy w grę „znajdź pięć różnic”, ale na poziomie Berniniego!

Przechadzając się po placu, nie przegapcie tablicy z inskrypcją upamiętniającą miejsce, gdzie 13 maja 1981 roku został postrzelony Jan Paweł II. Przez Alego Ağcę. Płytkę znajdziecie po prawej stronie placu, podążając wyznaczonym szlakiem do bazyliki. Dla wielu miejsce to ma niemal mistyczny wymiar, a płyta przypomina, że nawet święci bywają celem szaleńców.

Tabliczka upamiętniająca miejsce, w którym postrzelono papieża Jana Pawła II

Warto przy okazji wiedzieć, że Plac św. Piotra to dziwaczny konglomerat prawny: trochę Watykan, trochę Rzym. Kto tu rządzi? Cóż, ochrona należy do Włochów (straż miejska, policja, Carabinieri, Inspektorat Ochrony Watykanu), ale tylko do schodów bazyliki. Dalej już ani kroku, bo wkraczamy na teren ściśle watykański, gdzie rządzi Korpus Żandarmerii Państwa Watykańskiego. Słowem: jeden plac, dwa państwa, trzy rodzaje służb i cztery razy więcej papierkowej roboty.

Jeśli chcecie poczuć ducha papieskiego błogosławieństwa, przyjdźcie tu w niedzielę o godz. 12:00, kiedy odbywa się modlitwa „Anioł Pański”. W oknie po prawej stronie placu pojawia się wtedy papież, błogosławi, macha i przyciąga tłumy jak gwiazda rocka na wieczornej mszy. W środy z kolei odbywa się audiencja generalna – zimą w auli Pawła VI, latem na świeżym powietrzu. Trzeba jednak mieć specjalne, darmowe bilety, które można zamówić, choć zdobycie ich bywa trudniejsze niż dostanie się do włoskiego urzędu w sierpniu.

A teraz czas na sekret z gatunku watykańskich legend. Pod Placem św. Piotra ma się znajdować aż 1500 pomieszczeń, w których przechowuje się ponad 60 tysięcy dzieł sztuki. Tak, sześćdziesiąt tysięcy. Ktoś policzył, że gdyby je sprzedać, to za te pieniądze można by wyżywić 7 miliardów ludzi przez cały rok! Serio. Przeliczmy to szybko (albo przynajmniej spróbujmy): 20 euro dziennie razy 365 dni to 7300 euro na osobę rocznie, razy 7 miliardów ludzi… I tu kalkulator wybucha, a ekran się zapycha zerami. Ale jedno wiemy na pewno: Watykanowi kryzys finansowy raczej nie grozi. Nawet jeśli ceny rogalików w okolicznych kawiarniach poszybują w kosmos.

Na końcu placu wznosi się Bazylika św. Piotra, monumentalna, boska, potężna. Ale o niej… opowiemy następnym razem. Bo co za dużo, to nawet Bernini nie ogarnie.

——————————-

Podoba Ci się Spacerownik po Rzymie? Postaw nam kawę, przy kawie teksty szybciej się piszą 😜

Postaw mi kawę na buycoffee.to

 

 

Bibliografia:

• Domenico Fontana, Della trasportatione dell’obelisco vaticano et delle fabriche di nostro
signore papa Sisto V, Roma 1590;
• Leonardo Benevolo, San Pietro e la città di Roma, Roma – Bari 2004;
• Franco Borsi, Bernini architetto, Milano 1980;
• Massimo Birindelli, Piazza San Pietro, Bari 1981;
• Cesare D’Onofrio, Gli obelischi di Roma, Bulzoni 1967;
• Claudio Rendina, Il Vaticano. Storia e segreti, Roma 2015;
• Claudio Rendina, I papi: Storia e Segreti, Roma 2013;
• Claudio Rendina, 101 Misteri e Segreti del Vaticano, Roma 2011;
• Claudio Rendina, L’oro del Vaticano, Roma 2010;
• Sergio Delli, Le fontane di Roma, Roma 1985;

Być może zainteresuje Cię również:

Zostaw komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Ta strona używa Akismet do redukcji spamu. Dowiedz się, w jaki sposób przetwarzane są dane Twoich komentarzy.