
Dziś ruszamy na pierwszy z dwóch spacerów po dzielnicy zwanej Trevi. Nazwa ta nie pochodzi, wbrew niektórym niepoprawnym romantykom, od nazwiska jakiejś dawno zapomnianej rzymskiej piękności imieniem Trevia. Nie, nie, nie. „Trevi” to skrót od łacińskiego „Trivium”, czyli „trójdrożny koniec” – coś w rodzaju rzymskiego ronda bez ronda. W średniowieczu właśnie tu, gdzie dziś tłoczy się tłum przed Fontanną di Trevi, spotykały się trzy drogi. I jak to zwykle bywa na skrzyżowaniach działy się rzeczy dziwne, mistyczne albo co najmniej kosztowne.
W tamtym czasie okolica była gęsto obstawiona wieżami obronnymi, głównie należącymi do rodu Colonna, których pasją było stawianie wież i wdawanie się w potyczki z innymi arystokratycznymi familiami. To trochę jak „Gra o Tron”, tylko zamiast smoków wieżyczki z łucznikami i schody bez windy.
Nasz spacer zaczynamy na Piazza dei Santi Apostoli. Plac ten, jak sama nazwa wskazuje, zawdzięcza swą nazwę kościołowi Santi Apostoli, ale nie bądźmy tacy szybcy – zanim wpadniemy w mistycyzm i świętych, pozwólcie, że skupimy się na czymś o wiele bardziej światowym, czyli… pałacach.
Pierwszym z nich jest monumentalny Palazzo Colonna, zbudowany w 1425 roku specjalnie dla papieża Marcina V – tego samego, który był Colonna z krwi i kości. Pałac powstał na miejscu starego zamczyska hrabiów Tusculum, bo – jak wiadomo – najlepsze pałace buduje się na zgliszczach cudzej chwały.

W XV wieku pałac powiększono o dwa nowe skrzydła – przejęte z sąsiedniego pałacu należącego do kardynała Giuliano della Rovere. Jeśli nazwisko coś Wam mówi, to zapewne oglądaliście serial Rodzina Borgiów. Giuliano był bowiem zaciętym wrogiem papieża Aleksandra VI (czytaj: Rodrigo Borgii). Taki zaciętym, że gdy ten został wybrany na papieża, Giuliano… spakował walizkę i uciekł do Francji. Wrócił dopiero po śmierci swojego rywala, a w 1503 r. sam został wybrany papieżem jako Juliusz II – znany również jako Il Papa Terribile. Ale nie taki znowu straszny, to on przecież:
-
sprowadził w 1506 r. Szwajcarów, z których uformowano Gwardię Szwajcarską (dzisiaj: kolorowe rajtuzy, halabardy i selfie z turystami),
-
oraz zatrudnił Michała Anioła, by ten w pocie czoła (i pleców) namalował sklepienie Kaplicy Sykstyńskiej,
-
a do tego, jako prawdziwy mecenas sztuki i polityki, przekazał fundusze na budowę twierdzy w Kamieńcu Podolskim – tak, tej samej, z której później pisał do króla Jan III Sobieskiego nieszczęsny Wołodyjowski.
Dziś w pałacu mieści się zachwycająca Galeria Colonna (wejście od via della Pilotta – nie pomylić z pizzą pilota), otwarta dla śmiertelników jedynie w soboty od 9:00 do 13:00. Więc jak ktoś chce zobaczyć coś więcej niż fontannę, musi nastawić budzik wcześniej niż zwykle.
Galeria została zainaugurowana przez kard. Girolamo Colonna w latach 1654–1665, a potem wzbogacona przez Lorenzo Onofrio Colonna i Fabrizio Colonna – rodzinę, która wiedziała, że jak się kolekcjonuje sztukę, to porządnie.
W środku można podziwiać:
-
„Afrodytę z Kupidynem i satyrem” pędzla Bronzino – czyli klasyczny trójkąt miłosny w wersji mitologicznej,
-
„Narcyza u źródła” autorstwa Tintoretta – chłopak, który zakochał się w sobie tak bardzo, że do dziś siedzi nad wodą,
-
portrety od Van Dycka, Scipione Pulzonego i Lorenzo Lotto – czyli trio, które malowałoby nawet Waszą babcię tak, że wyglądałaby jak Maria Teresa z Habsburgów,
-
oraz cudowną mieszankę włoskiego i flamandzkiego baroku – malarstwo tak bogate, że aż brakuje klamer do opisu.
Za pałacem znajdują się wiszące ogrody, które – niestety – są dostępne tylko dla wybranych. Ale kto wie? Może kiedyś ktoś z Was trafi na rzymskie wesele, którego częścią będzie tajne garden party w stylu barokowym?
Na dokładkę: w miejscu, gdzie dziś stoi pałac, w roku 64 n.e. znajdowała się wieża, z której ponoć sam Neron oglądał pożar Rzymu. Wątpliwe, by miał popcorn, ale pewnie miał lirę. A w 275 r. wznosiła się tu Świątynia Słońca, zbudowana przez cesarza Lucjusza Domicjusza Aureliana – jednego z tych, którzy naprawdę wzięli sobie do serca powiedzenie „postawmy coś wielkiego, bo jeszcze nie mamy świątyni dedykowanej gwieździe”.
Po lewej stronie Bazyliki dei Santi Apostoli stoi sobie całkiem dostojny budynek: Palazzo dei Santi Apostoli. To nie byle jaka budowla – wyszła spod ręki samego Giuliano da Sangallo, czyli architekta, którego można by śmiało nazwać „człowiekiem od wszystkiego” renesansu: projektował, budował, rysował i zapewne znał się też na dobrym winie.

Fasada pałacu wygląda na niepozorną, ale wystarczy przekroczyć XVI-wieczny portal, żeby trafić do krużganków, które mają tyle lat, że pamiętają jeszcze, jak Leonardo da Vinci biegał z zeszytem po Florencji.
Część północna i wschodnia krużganków to jeszcze XV wiek – prawdziwy renesansowy vintage. A na środku? Proszę bardzo – fontanna Domenico Fontany, który jak widać nie tylko stawiał obeliski (patrz Lateran), ale też potrafił skroplić swój talent w marmurze. Wzdłuż ścian ustawiono elegancko kilka pomników: kardynała Bessarione (ten z zamiłowaniem do książek i Bizancjum), księcia Toskanii Leopolda oraz – proszę się trzymać – pierwsze miejsce pochówku Michała Anioła! Tak, zanim jego szczątki trafiły do Florencji, leżały sobie tu, pod czułą opieką Braci Mniejszych Konwentualnych. Można powiedzieć, że mieliśmy tu przez moment najważniejszy depozyt kulturalny świata zachodniego.
Pomiędzy pałacami wyrasta z gracją Bazylika Świętych Apostołów.

Wzrok przyciąga od razu, a to dlatego, że ma za sobą historię długą, burzliwą i pełną papieskich ambicji. Pierwszy kościół powstał tutaj w VI wieku na zlecenie papieża Pelagiusza I, który – jak przystało na porządnego papieża tamtych czasów chciał coś zostawić po sobie. Świątynia została poświęcona św. Filipowi i Jakubowi Mniejszemu, a zbudowano ją z rozmachem: trzy nawy, chór i aż trzy absydy.
Najważniejsza, środkowa absyda była zdobiona mozaiką, a wszystkie trzy symbolizowały – jakżeby inaczej – Trójcę Przenajświętszą. Niestety, przyroda nie uznaje świętości: ziemia się zatrzęsła, świątynia runęła. Ale papieże się nie poddają. W XV wieku z pomocą ruszył Marcin V z rodu Colonna, który przy okazji budowy własnej rezydencji odbudował też świątynię, tym razem już dla całej dwunastki apostołów. A co – jak odbudowywać, to z gestem!
Od 1439 roku opiekę nad bazyliką sprawują Bracia Mniejsi Konwentualni – ci sami, co doglądali grobu Michała Anioła. A końcówka XV wieku to czas, gdy papież Sykstus IV zatrudnił architekta Baccio Pontelli, który nadał kościołowi nowy front: dziewięciołukowy portal, który zyskał potem barokowe okno i balkon z rzeźbami Chrystusa i apostołów, dłuta Carlo Rainaldiego (1675).
Pod portykiem, po prawej rzymski orzeł z II wieku, co wygląda, jakby czekał, aż ktoś zaprosi go na sztandar. A pod nim – marmurowy lew autorstwa Vassaletto z XIII wieku, który chyba do dziś warczy na turystów z selfie-stickami. Po obu stronach portalu – kolejne lwy z XII wieku, które widziały więcej niż niejeden współczesny kardynał.

W prawo – tablica poświęcona Gerolamo Frescobaldiemu, muzycznemu geniuszowi epoki baroku. W lewo – płyta grobowa Giovanni Colonna autorstwa Luigi Capponiego, a obok niej stemma grobowa Giovanni Volpato dłuta nie byle kogo, bo samego Antonio Canovy. Kiedy Canova robi coś z marmuru, to wiesz, że nie będzie to tylko płyta – to będzie marmurowa opera.

Kościół jest trójnawowy, a każda z naw pełna jest dekoracji, które mogłyby konkurować z najbarwniejszymi freskami w Watykanie. Na sklepieniu znajdziemy:
-
„Triumf reguły franciszkańskiej” – fresk Baciccia z 1707 r.,
-
oraz „Ewangelistów” autorstwa Luigi Fontany z 1875 r.
Nad głównym wejściem inskrypcja i herb papieża Klemensa XI, który patrzy z góry z miną mówiącą: Zrobiłem to dobrze.

Kaplice po prawej stronie:
-
Madonna z Dzieciątkiem adorowani przez św. Bonawenturę i bł. Andrzeja Conti – autorstwa Nicolò Lapiccola, a poniżej „Madonna i kardynał Bessarione” – Jacopo Ripanda, 1480 r. Jak ktoś chce zobaczyć, jak wyglądał intelektualny duch średniowiecza z domieszką boskości – to tu.
-
„Matka Boska Nieskalana i anioły” – Corrado Giaquinto – to obraz tak anielski, że można dostać nadmiaru łaski. Na drugim pilastrze – pomnik Marii Klementyny Sobieskiej, wnuczki króla Jana III Sobieskiego, która zmarła w Rzymie w 1735 r. Pomnik to dzieło Filippo Della Valle i nie sposób nie zauważyć dumy polskiego orła w marmurze.
-
Kaplica Odescalchi – architektura: Ludovico Rusconi Sassi (1703), ołtarz z „Świętym Antonim z Padwy” – Benedetto Luti (1723), a na podłodze herb papieża Innocentego XI z 1716 r. – upamiętnienie Odsieczy Wiedeńskiej z 1683 r. XV-wieczne freski na ścianach przypominają, że historia tu nie śpi tylko opowiada.
W głębi nawy:
Dodatkowa kaplica z krucyfiksem dłuta Luca Cariminiego z 1858 r., otoczona ośmioma kolumnami z IV wieku – to jakby historia chrześcijaństwa mówiła: Trzymaj się mocno.

W krypcie czekają:
-
pomnik Raffaele Della Rovere – dzieło Andrea Bregno,
-
sarkofag Alessandro Riario,
-
oraz grobowiec św. Filipa i Jakuba Mniejszego – to jak znaleźć duchowy skarb w podziemiach.


W absydzie:
-
grób hrabiego Giraud d’Ansedum – autorstwa Mino del Reame,
-
powyżej grób kard. Raffaele Riario – dzieło szkoły Michała Anioła (jak się domyślasz: monumentalne i z charakterem),
-
w głębi absolutna petarda – „Męczeństwo świętych Filipa i Jakuba” pędzla Domenico Maria Muratori – największy obraz ołtarzowy w Rzymie!
Na lewej ścianie:
-
pomnik kard. Pietro Riario – dzieło Bregno, Giovanni Dalmata i Mino da Fiesole,
-
a z boku – pomnik Klemensa XIV – pierwsze rzymskie dzieło Antonio Canovy. Tak, ten sam Canova, który zamieniał marmur w cudowne ciała o boskich proporcjach.
Nawa lewa:
3. Kaplica Colonna z freskiem „Św. Franciszek podtrzymywany przez anioły” – Giuseppe Chiari; obok – pomnik Carlo Colonna i Marii Lukrecji Rospigliosi Salviati – Bernardino Ludovisi
2. „Święty Józef z Cupertino” – Giuseppe Cades, 1777 – wizerunek świętego, który ponoć unosił się w powietrzu z zachwytu. Tu też można się unieść, patrząc na to dzieło.
1.Na koniec – „Pietà” – dzieło Francesco Manno, które wzruszy nawet najbardziej odpornych na patos turystów.
Po przeciwnej stronie placu, niemal z rozmysłem ustawiony frontem do Bazyliki, niczym uczestnik eleganckiego balu, stoi Palazzo Guglielmi z XVI wieku. Budowla o manierystycznym sznycie, z elegancją godną dworu Habsburgów. I nic dziwnego, bo sam cesarz austriacki Józef II miał tu kiedyś zaszczyt spać, jadać i zapewne również narzekać na rzymski upał i hałas cykad.

Jeśli jego Wysokość oczekiwał ciszy jak w Schönbrunnie, to zderzenie z rzymską rzeczywistością musiało być dlań równie szokujące, co dla turysty z północy próbującego zrozumieć, dlaczego o 13:30 wszystkie trattorie są już pełne.
Tuż obok, pod numerem 80, pyszni się Palazzo Odescalchi – i choć nie krzyczy, to mówi dość wyraźnie: „Jestem pałacem z historią grubszą niż rzymski lasagna!”

Budowę tego gmachu rozpoczął nie byle kto, bo sam Carlo Maderno – człowiek, który zakończył budowę fasady Bazyliki św. Piotra i nie zawahał się użyć przy tym całej baterii doryckich kolumn i pilastrów. W Palazzo jego dziełem są właśnie arkady, korytarz i kolumny, które do dziś z godnością dźwigają ciężar historii (i turystów robiących zdjęcia). Jednak kto dokończył dzieła? Tu wkracza na scenę największy showman architektury barokowej – Gian Lorenzo Bernini, który w 1664 roku powiedział: „Wystarczy już tych fundamentów – budujemy!” I zbudował.
Pierwotnie pałac należał do wpływowej rodziny Chigi – tej samej, która w dzisiejszych czasach rezyduje raczej w rejonach Palazzo Chigi, siedziby premiera Włoch. Ale w 1745 roku, zapewne po burzliwej rodzinnej naradzie i kilku kieliszkach chianti, pałac sprzedano rodzinie Odescalchi. Nowi właściciele nie zamierzali siedzieć bezczynnie, zatrudnili Nicola Salvi (tak, tego od Fontanny di Trevi) i Luigi Vanvitelli (który później zbuduje pałac w Casercie większy od Wersalu!), by rozbudować pałac na miarę marzeń lombardzkiej arystokracji. No i rozbudowali.
A teraz – uwaga, fanfary – to właśnie tutaj, między 1699 a 1702 rokiem, mieszkała sama Maria Kazimiera Sobieska, znana również jako Marysieńka, wdowa po królu Janie III Sobieskim, tym od Odsieczy Wiedeńskiej i „do nóg twoich upadam”. Miejsce to więc nie tylko barokowe, ale i pełne polsko-austriacko-rzymskich niuansów, gdzie wspomnienie husarii unosi się jak zapach palonego kadzidła.
Plac zamyka elegancko jeszcze jeden budynek – Palazzo Balestra, który powstał w 1644 roku, zapewne w wyniku nadmiaru ambicji i wolnego czasu architekta Mattia De Rossi, ucznia samego Berniniego.

De Rossi, chcąc udowodnić, że nie jest jedynie cieniem swego mistrza, stworzył pałac, który do dziś zachwyca tych, którzy wiedzą, gdzie spojrzeć. A jeśli spojrzeć odpowiednio uważnie – to właśnie tu mieszkał i zmarł kardynał Henry York, syn króla Anglii Jakuba Stuarta. Można powiedzieć: ostatni Stuart w Rzymie. Kardynał bez królestwa, ale z przyzwoitą rezydencją i widokiem na barok.
Ale dość tej nieruchomościowej rozpusty – czas ruszyć dalej. Kierujemy się via di San Marcello, uliczką biegnącą wzdłuż lewego boku omawianego właśnie pałacu. Jej brukowana powierzchnia skrzypi pod nogami jak dobrze nastrojone skrzypce, prowadząc nas w stronę cudownej niespodzianki, skrytej pod numerem 41B.

Za niepozorną bramą, w cieniu pałacowych murów, czeka na nas kaplica della Madonna dell’Archetto – niepozorna z zewnątrz, ale wewnątrz… barokowe szaleństwo spotyka neorenesansową finezję! A wszystko zaczęło się od jednego obrazu Matki Boskiej, namalowanego w 1690 roku przez Domenico Muratoriego, ucznia szkoły Carraccich, który – jak się domyślamy – nie przypuszczał, że jego dzieło stanie się bohaterem miejskiej legendy.
W 1796 roku, na oczach mieszkańców, Matka Boska zaczęła płakać. Prawdziwa łza w oku Madonny! Powód? Inwazja francuska na Państwo Kościelne. Wydarzenie to miało tak ogromny rezonans, że mieszkańcy postanowili w 1851 roku zbudować dla cudownego wizerunku osobną kaplicę. I to nie byle jaką – oto prawdziwy klejnot neorenesansowej architektury, jakby stworzony nie przez murarzy, lecz przez zegarmistrzów.
Kaplica zwieńczona jest bogato zdobioną kopułą, której detale mogą przyprawić o zawrót głowy każdego znawcę snycerki. Wewnątrz znajdziemy posągi autorstwa Luigi Simonettiego, przedstawiające anioły w formie kariatyd – tak, dobrze czytasz, anioły jako podpory architektoniczne, czyli niebo dźwigające sufit kaplicy. Dziś to może wydawać się ekstrawagancją, ale w XIX wieku było to świadectwo boskiego smaku.
Na końcu tej urokliwej uliczki, która już sama w sobie przypomina scenę teatralną barokowej sztuki, trafiamy na Piazza dell’Oratorio. Nazwa nie zmyłka – plac zwie się tak od Oratorio del Crocifisso, czyli Oratorium Krucyfiksu.

To nie byle jakie miejsce – wybudowane w XVI wieku według rysunku mistrza elegancji i potężnych kontrastów, Giacomo Della Porta. Faceci, którzy wtedy projektowali, myśleli poważnie: bracia, zróbmy sakralny hit!
I faktycznie – w 1568 roku kardynał Alessandro Farnese dopilnował, żeby budowla powstała. Nadrukował swoje imię na fasadzie, dołożył herb rodowy wielkości bochna chleba i kazał wszystkim pamiętać: to on tu króluje, niczym Netflix w ramach abonamentu.
Ale zanim zacznie się pałacowa narracja, wróćmy do 1519 roku. Wtedy pobliski kościół S. Marcello spłonął, a z żywiołu ocalał jedynie drewniany krucyfiks. Można powiedzieć: jak z książki fantastycznej. I ludzie zaczęli się dziwnie patrzeć na ten krzyż – najpierw czczono go jak bohatera, a w 1522 r. podczas zarazy poszli z nim w procesję aż do Bazyliki św. Piotra. I co się okazało? Zaraza, która wtedy szalała – odeszła. Wirus poszedł precz, jak tylko go zobaczył! Sakralny patent się sprawdził, Bractwo Świętego Krzyża powstało, a oratorium okazało się nie tylko miejscem modłów, ale i muzycznego geniuszu. Sakralni filharmonicy byliby zazdrośni.
Fasada oratorium – proszę: dwuporządkowe, elegancko doryckie pilastry, portal na schodkach, trójkątny przyczółek jakby zaprojektowany z myślą o stylowych tubkach do maseł. Po bokach – nisze z zabawnymi wygiętymi szczytami, takie maniery renesansowej ekspresji.
Wnętrze to jednonawowy pawilon boskości udekorowany freskami. „Historie Krzyża” i „Historia Bractwa” – historia rodem z serialu Netflix, tylko w wersji sacrum. Scenariusz napisał jeden z kumpli Michała Anioła – Tommaso de Cavalieri, a realizowali go tacy pędzlowi giganci jak Giovanni de’ Vecchi, Cesare Nebbia, Niccolò Circignani, Baldassarre Croce, Cristoforo Roncalli – można powiedzieć: barokowi Avengersi. I trwało to kupę lat (1578–1600), aż w ołtarzu stanęła kopia cudownego krucyfiksu – jak zegarek na ręku kolejnego pokolenia. To teraz mamy: zdjęcie krzyża i jeszcze drobną historię egzorcystyczną.
Wychodząc z oratorium, zerknij w lewo na budynek, a – jeśli jesteś sprytny – wejdź na niewielki dziedziniec. Tam znajduje się Galeria Sciarra, dzieło Giuseppe Celliniego z 1888 roku. To jakbyś wpadł na stołeczną ekskluzywną galerię handlową… tylko że zamiast sieciówy i wachlarza cen, masz bogactwo sztuki i sufity, po których wzrok może się zagubić.


Po estetycznym uderzeniu czas na spacer via dell’Umiltà – uliczka skromności, choć architektura bynajmniej nie jest nieśmiała. Na jej skrzyżowaniu po lewej – kościół S. Rita, znany także jako S. Maria delle Vergini.

Brzmi poważnie, ale historia ma w sobie sporo ludzkiego ciepła. W 1593 r. powstało tu kolegium, gdzie augustianki dzieliły się domem z biednymi pannami i sierotami. A gdy w 1615 roku potrzeba zmusiła do budowy kościółka – Francesco Peparelli pokazał swoją wizję.
Ale ambicja z serca włoskiego jest ogromna, nagle siostry stwierdziły, że to wszystko za małe. Wskoczył na scenę wiecznie boski Bernini, który doradził: „Zróbmy to porządnie!”, i tak w połowie XVII stulecia powstał nowy gmach. Służył zakonowi do 1870 roku, aż rząd włoski stwierdził: „Musicie iść do urzędu!” I tak siostry trafiły na wygnanie. Ale duch św. Rity przeżył, dziś ten kościół to centrum jej kultu. Ciekawostka: w Polsce jej kult rozwija się od XVIII w., a jej figura dłuta Wojciecha Maciejowskiego zdobi krakowską św. Katarzynę.

Fasada jest prosta i strofowana – dzieło Berniniego-członka-drugiej-fali, Mattia De Rossi. Napis „ECCLESIA S. RITAE” na portalu i cherubin z miną: „Patrzcie na mnie!”. Wnętrze na planie krzyża greckiego jest eksplozją baroku: stiuki by Filippo Carcani, freski według kreski Ludovico Gimignani, a kopuła ukończona przez Michelangelo Riccioliniego – moloch kolorów i złota, który mógłby zmienić każde wnętrze w gigantyczne pudełko prezentowe.
Idąc dalej, po prawej stronie, napotykamy drugi kościółek – Santa Maria dell’Umiltà, czyli Święta Maria Pokory.

No i dobrze – pokora się przydaje, szczególnie przy natłoku barokowego splendoru w okolicy. Ale uwaga – skromność w nazwie to tylko zasłona dymna. Bo kiedy spojrzymy na tę świątynię, to nie widzimy żadnej „umiltà” – tylko szlachetne ambicje i porządne finansowanie!
Zbudowany w latach 1641–1646 przez Paolo Marucellego, kościółek ten to barok w wersji środka dnia – nie za mocny, nie za słaby, idealny do modlitwy i robienia wrażenia na sąsiadach. A że potem – w 1703 roku – wszedł do gry sam Carlo Fontana i zrobił gruntowny retusz, to już wiemy, że nie był to żaden wiejski kościółek, tylko miejsce, które chciało błyszczeć w towarzystwie.
Tuż obok znajdował się klasztor – dziś to Amerykańskie Kolegium Papieskie, czyli taka Watykańska Harvardzka Przystań. Tu młodzi teologowie zza oceanu uczą się, jak być świętym z klasą i akcentem z Chicago. A jak wiemy, Rzym ceni wszystko, co pachnie egzotyką i dotacją.
Wnętrze kościoła to jednonawowy teatr sakralnej obfitości. Skąd ten przepych? Ano, dzięki darowiznom zamożnych rodzin szlacheckich, które chciały kształcić dzieci w tym miejscu. A wiadomo, że jak arystokracja coś finansuje, to nie po to, żeby było „skromnie i cicho” – tylko „bogato i na wieki”. I dlatego mamy tu obrazy z XVII wieku wzdłuż ścian, rzeźby świętych autorstwa Antonio Raggi, oraz kaplice udekorowane stiukiem według zamysłu Francesco Cavalliniego. Każda kaplica to mały spektakl. Gdyby Netflix robił seriale o świętych, to zdjęcia próbne robiliby właśnie tutaj.
Wychodząc z kościoła, na skrzyżowaniu z via dell’Archetto, rzućmy okiem na XVIII-wieczną Madonellę. Figura ta, zawieszona wysoko nad ziemią, czuwa nad przechodniami jak barokowa kamera CCTV. Czasem spojrzy z miłością, czasem z lekką naganą – ale zawsze w stylu.
Za kościołem znajduje się zaułek Vicolo del Monticello – wąski jak kieszeń nowicjusza, ale prowadzi nas do Piazza della Pilotta. I tutaj robi się sportowo. Nazwa placu pochodzi od hiszpańskiej gry w piłkę – Pilotta, która w XVI wieku była tu hitem. Grano nią z zapałem, odbijając piłkę od ściany pięścią. Tak, dobrze czytasz. Żadnych rakietek, rękawiczek ani siatek – tylko pięść i ściana. I podobno więcej emocji niż w derbach Rzymu.
Na samym placu nie sposób nie zauważyć monumentalnego gmachu: Palazzo della Pontificia Università Gregoriana, czyli siedziby Papieskiego Uniwersytetu Gregoriańskiego.

Budynek ten, wbrew wizualnym pozorom wiekowości, nie jest staruszkiem – powstał w latach 1927–1930, według projektu Giulio Barluzziego, z inicjatywy papieża Piusa XI. Wcześniej stał tu klasztor z XVI wieku, który musiał ustąpić miejsca naukowej nowoczesności.
Fasada gmachu jest jak z podręcznika do klasyki: trzy wejścia, każde zwieńczone oknem z trójkątnym szczytem, a nad środkowym – herb Piusa XI, czyli przypomnienie, kto tu trzymał pióro przy podpisywaniu decyzji.
Naprzeciw – Palazzo Muti Papazzurri, zaprojektowany przez Mattia De Rossi (tak, ten sam od wcześniejszych kościołów – chłop miał rękę do wszystkiego).

Pałac ten połączony jest z sąsiednim dawnym klasztorem franciszkańskim pięknym łukiem z 1948 roku – jakby architekt chciał powiedzieć: „Tu jesteśmy razem, nawet jeśli po wojnie”.
Fasada? Ciekawa. Duży portal flankowany pojedynczymi kolumnami, a nad nimi loggia z trzema oknami – to jak barokowy balkon z widokiem na świat. W 1909 roku pałac został radykalnie przebudowany – wtedy przeszedł w ręce Stolicy Apostolskiej, a nowa funkcja brzmiała dumnie: siedziba Papieskiego Instytutu Biblijnego. Wnętrze przebudowano z myślą o bibliotece papieskiej, czyli książkach z duszą i wieczystym terminem wypożyczenia.
Idźmy dalej w lewo, uliczką via dei Lucchesi, biegnącą wzdłuż fasady Uniwersytetu Gregoriańskiego. Nazwa pochodzi od kościoła S. Croce e S. Bonaventura dei Lucchesi, który jak stary artysta kabaretowy przeżył wiele ról i charakteryzacji.

Kościół powstał w XIV wieku na ruinach jeszcze wcześniejszej świątyni S. Nicolà de Portiis z IX wieku – a fragmenty tej starożytności można nadal podziwiać na dziedzińcu pałacu S. Felice. W XVI wieku pojawili się tu Bracia Mniejsi Kapucyni, którzy nie tylko nosili brązowe habity, ale i wiedzieli, jak ogarnąć remont.
Pod koniec XVII wieku kościół przeszedł renowację pod okiem Mattii De Rossi (tak, znów on – zaczynamy podejrzewać, że miał klucze do połowy Rzymu). To wtedy świątynia stała się kościołem Bractwa Lucca, a jego skromna, jednoporządkowa fasada z pilastrami, jednym portalem i zakrzywionym szczytem to podręcznikowy przykład eleganckiej prostoty.
Wnętrze? Jednonawowe, z trzema kaplicami po każdej stronie i pięknie rzeźbionym, pozłacanym stropem z drewna. A w ramach tego sufitu – trzy obrazy z lat 1673–1677, dzieła malarzy z miasta Lucca: Giovanni Coli i Filippo Gherardi. To duet, który potrafił zamienić kawałek drewna w niebo otwarte – tak przynajmniej twierdziły ówczesne arystokratki z kółek różańcowych.
Idąc dalej uliczką – niepozorną, krętą i pachnącą tajemnicą – wchodzimy w via di San Vincenzo. Choć nazwa brzmi jak tytuł opery o biednym świętym sprzedającym żetony do nieba, to właśnie ta niepozorna uliczka prowadzi nas do jednego z najbardziej spektakularnych miejsc w Wiecznym Mieście. Tak, moi drodzy, oto nadchodzi moment kulminacyjny – wychodzimy na Piazza di Trevi, a tam… bum! Jak grom z jasnego nieba wyłania się Fontanna di Trevi, perła baroku, miejsce tłumnie oblegane przez turystów, amatorów selfie, nowożeńców, influencerki, zakochanych, zagubionych i tych, co zgubili drogę do McDonalda.

Ale – i tu następuje zwrot akcji niczym w porządnym filmie przygodowym – historia tego miejsca zaczyna się w 19 roku p.n.e.! Tak, nie przesłyszeliście się – przed naszą erą, kiedy to Rzym nie znał jeszcze Nutelli ani TikToka. To właśnie wtedy nie kto inny, jak sam Agryppa, zięć i prawicowa ręka Oktawiana Augusta, zbudował akwedukt Aqua Virgo. Nazwa ta nie ma nic wspólnego z horoskopem – pochodzi od legendarnej dziewicy, która miała wskazać żołnierzom źródło wody. Akwedukt ten, niczym hydrauliczny ninja, biegnie niemal w całości pod ziemią, dostarczając wodę do fontanny do dziś. Tak, tak – Rzymianie nie znali wi-fi, ale zrobili rury na wieczność. A Aqua Virgo nie tylko poi Trevi, ale również fontannę Barcaccia u stóp Schodów Hiszpańskich. Chcecie zobaczyć kawałek tego cudu inżynierii? Udajcie się na via del Nazareno 9, tam, jak w muzeum bez biletu, widoczny jest fragment akweduktu i jego wejście.
Oczywiście nie oszukujmy się – sama fontanna nie powstała w czasach Agryppy. Wtedy nie było jeszcze baroku, brokatowych welonów i selfie-sticków. Pierwsza fontanna stanęła tu dopiero w 1435 roku, a zaprojektował ją nie byle kto, bo sam Leone Battista Alberti – humanista, architekt i człowiek, który potrafiłby zaprojektować pałac z klocków Lego, gdyby tylko je znał.
Ale to w 1732 roku zaczyna się prawdziwa historia tej, którą dziś wszyscy podziwiają. Na tronie papieskim zasiada wtedy Klemens XII, który – jak na prawdziwego mecenasa przystało – mówi: „Zróbmy coś wielkiego. Coś, co sprawi, że Bernini przewróci się w grobie z zazdrości!”. I zleca projekt Fontanny di Trevi Nicoli Salviemu. Co ciekawe, sto lat wcześniej przymiarki do tej budowy robił już Gian Lorenzo Bernini, ale – jak to w życiu bywa – sprawa rozeszła się po kościach, a może po watykańskich korytarzach.
Salvi wziął się do roboty, ale jak to z monumentalnymi dziełami bywa – nie doczekał końca budowy. Umiera w 1751 roku, a pałeczkę przejmuje Giuseppe Pannini, który finalizuje prace. I tak – po dekadach czekania, cięcia funduszy i zapewne wielu rozmowach z inspektoratem budowlanym – 22 maja 1762 roku, za pontyfikatu Klemensa XIII, następuje uroczyste otwarcie!

I rzeczywiście – Fontanna di Trevi to dzieło z tych, które sprawiają, że człowiek otwiera usta szerzej niż na wizycie u dentysty. Ma 20 metrów szerokości i 26 metrów wysokości, czyli tyle co przyzwoitej wielkości kamienica. Jej centralna część wygląda niczym rzymski pomnik chwały – łuk triumfalny z monumentalną niszą z kasetonową półkopułą, flankowaną przez korynckie kolumny, które wspierają attykę z balustradą i – uwaga! – czterema alegorycznymi figurami symbolizującymi pory roku. I nie są to byle jakie rzeźby: to dzieła Bartolomeo Pincellottiego, Francesco Queirolo, Bernardino Ludovisiego i Agostino Corsiniego.
Na szczycie wieńczy całość herb papieża Klemensa XII, który – choć od lat w grobie – wciąż góruje nad placem, jakby mówił: „To ja, panie i panowie. Dzięki mnie macie to cudo!”. Tuż pod nim widnieje tablica upamiętniająca jego zasługi, a nieco niżej – inskrypcja „BENEDICTUS XIV”, która przypomina, że i ten papież miał tu swoje pięć minut i parę złotych.
W centralnej niszy scena jak z mitologicznego blockbustera: Okeanos, potężny władca mórz, w rydwanie w kształcie muszli (czysto rzymski kabriolet) ciągniętym przez dwa konie morskie – jeden spokojny jak letni wieczór, drugi dziki niczym WiFi w metrze. To symbol zmienności natury morza, a może i rzymskiego ruchu drogowego. Te konie prowadzą trytoni – umięśnione chłopaki z rybimi ogonami, którzy wyglądają jak gladiatorzy po przerwie na sushi. Całą tę dramatyczną scenę wyrzeźbił Pietro Bracci w latach 1759–1762 – i wyszło mu jak z opery.
Po bokach, w mniejszych niszach, stoją dwie panie: po lewej Obfitość, po prawej Zdrowotność. Towarzyszą im płaskorzeźby, które – jak to w baroku – opowiadają historie lepiej niż Netflix.
Całość kończy się monumentalnym urwiskiem, z którego woda z hukiem spływa do gigantycznej wanny symbolizującej morze. I tu uwaga – po prawej stronie, jakby nieco z boku i z kwaśną miną, stoi wielka kamienna waza, zwana pieszczotliwie Asso di Coppe. Skąd ta nazwa? I skąd ta mina? Otóż – jak głosi anegdota – podczas budowy Nicola Salvi codziennie musiał znosić komentarze lokalnego golibrody, który zza szyby salonu fryzjerskiego narzekał: „A to brzydka, a to nierówna, a to nie w tym stylu…”. I w końcu Salvi powiedział: „Skoro ci się nie podoba, to masz – będziesz na to patrzył!”. I trzasnął wazę naprzeciw zakładu, zasłaniając mu widok. I tak oto kamienna odpowiedź na hejtera stoi tam do dziś.
No i na koniec – rytuał monet. Jeśli pragniecie jeszcze wrócić do Rzymu (a kto by nie chciał?), trzeba wrzucić monetę do fontanny – koniecznie tyłem, przez ramię! Ale ostrzegam: nie wrzucajcie kart kredytowych ani portfela. Codziennie z fontanny wyławia się około 1500 euro, czyli jakieś 50 kilogramów monet – prawdziwa kopalnia pod chmurką. Przez lata pieniądze te trafiały do Caritasu, który prowadzi stołówki dla ubogich i noclegownie. Dziś, jak to często bywa, zarząd nad monetami przejęło miasto – podobno na cele społeczne, ale kto wie, może też na wymianę kostki brukowej.
A skoro o monetach mowa – poznajcie legendę Roberta Cercelletto, znanego jako „Rybak” albo „D’Artagnan”. Ten bezdomny dżentelmen przez ponad 30 lat co noc nurkował w fontannie i wyławiał monety niczym wędkarz złote rybki. Pewnej nocy przyłapano go z 600 euro w kieszeni, a kiedy wyjaśniło się, że to jego „zawód” – fontanna zyskała nocny patrol straży miejskiej, który trwa do dziś. Więc nie próbujcie – chyba że lubicie spędzać noce w rzymskim areszcie z widokiem na marmur.
Po prawej stronie placu, w cieniu marmurów i plusku wody, znajdziecie jedną z najbardziej okazałych rzymskich „Madonnelle”.
Naprzeciwko fontanny, którą znają nawet teściowe z Biłgoraja, dumnie pyszni się sklep marki United Colors of Benetton (nr 93). Ale nie dajmy się zwieść kolorowym sweterkom i oversize’owym manekinom – prawdziwa uczta dla oka (i ducha!) kryje się tuż obok: fragment średniowiecznego portyku z jońskimi kolumnami. Jońskimi, czyli tymi z „loczkami”, jakby same fryzjerki Wenus po godzinach zakręcały im głowy lokówką.

Zerkając w róg placu, dostrzegamy kościół Świętych Wincentego i Anastazego – SS. Vincenzo e Anastasio – który w XVII wieku dostał porządną barokową metamorfozę od niejakiego Martino Longhiego Młodszego.

A skoro był młodszy, to znaczy, że miał też ojca architekta i zapewne rodzinne święta polegały na kłótniach o kolumnady. I trzeba przyznać – chłop się popisał. Fasada tego kościoła to prawdziwa perła baroku – 18 kolumn, z czego 10 na parterze, 6 na pięterku i jeszcze dwie malutkie flankujące okno niczym dwóch lokajów trzymających kotary. Nad wszystkim góruje herb z kardynalskim kapeluszem – należący do Giulio Mazzarino, tego samego, który był doradcą królowej Francji i specjalistą od politycznych intryg oraz sakralnych liftingów.
Ale to dopiero początek osobliwości! Do 1876 roku kościół ten pełnił zaszczytną funkcję papieskiej parafii. A co to oznaczało w praktyce? Otóż – uwaga, teraz będzie mocne – w specjalnych niszach w absydzie przechowywano… nie, nie relikwie, ani nawet złote kielichy, tylko… narządy wewnętrzne papieży! Tak! Serducha i płucka, wyjęte uprzednio przed balsamowaniem. Pierwszy był Sykstus V w 1590 roku, a ostatni – Leon XIII, zmarły w 1903. Potem Pius X powiedział „Dość tego podrobowego szaleństwa!” i zakończył tę tradycję. Czyli można rzec – odtąd papieże odchodzili z pełną zawartością wnętrzności.

Zresztą, fasada tej świątyni i dziś potrafi wprawić w konfuzję. Wśród rzeźb zdobiących fronton znajdziemy bowiem… dwie półnagie damy z piersiami na wierzchu. Tak, to nie żart. Dwie dumnie wyeksponowane piersi, i to na elewacji kościoła! Gdyby to zobaczył jakiś średniowieczny mnich, to zemdlałby na miejscu – i to nie z powodu ascezy.
Wnętrze? Jednonawowe, eleganckie, z trzema kaplicami po każdej stronie. W głównym ołtarzu obraz autorstwa Francesco De Rossa, który – w przeciwieństwie do swoich modeli – nie zaginął w mrokach historii.
A skoro już przy zaginionych jesteśmy, poznajmy pewnego pechowego artystę – Bartolomeo Pinelli. Pochowano go tu w 1835 roku, ale… zapomniano postawić mu nagrobek. Ot, typowe włoskie „domani”. Kiedy w 1927 roku zaczęto szukać jego szczątków, trafiono na mur milczenia. Ktoś nawet wysunął hipotezę, że ciało przeniesiono, bo – cytuję – „niegodne było spoczywać obok papieskich wnętrzności”. Plotki, teorie spiskowe, instytutowe śledztwa… a dziś przypomina o nim tylko tabliczka – skromna, ale konkretna. Rzym w pigułce.
Zostawiając barokowe cycate kontrowersje za sobą, skręcamy w prawo w via del Lavatore – uliczkę tak wąską, że gdyby Belzebub miał tamtędy przechodzić, to musiałby wciągnąć brzuch. Potem jeszcze jedno prawo – i jesteśmy w zaułku vicolo Scanderbeg. Nazwa nie zmyślona, tylko historycznie nasycona! Od albańskiego księcia Giorgio Castriota, zwanego przez Turków „Skanderbeg” – czyli „Książę Aleksander”. Taki bałkański Aleksander Wielki z XV wieku, który w 1466 roku przybył do Rzymu szukać pomocy u papieża Pawła II w walce z – a jakże – Turkami.

Na portalu budynku nr 117 (odświeżonym w 1843 r. – dzięki, XIX wieku!) znajdziemy jego portret. A dziś? Dziś mieści się tu Museo Nazionale delle Paste Alimentari – czyli oficjalne, pełnoprawne Muzeum Makaronu. Tak, Włosi mają muzeum makaronu, i nikt się nie śmieje – bo makaron to rzecz święta. Alejka i plac są przy okazji jednym z najurokliwszych zakątków miasta – idealne miejsce na selfie z ravioli.
Wracamy pod Fontannę di Trevi, by odbić w lewo na Piazza dei Crociferi. Tam czeka nas kolejna perła, tym razem z VI wieku! Kościół Santa Maria in Trivio – zbudowany jeszcze za czasów cesarza Justyniana, kiedy Rzym próbował się pozbierać po barbarzyńskich najazdach Wandalów i Gotów. Wtedy też młody, ambitny oficer Belizariusz dostał awans życia i w ciągu kilku lat pokazał barbarzyńcom, gdzie raki zimują (a Rzymianie przechowują mozaiki).

Ale historia nie byłaby historią, gdyby nie miała swojego dramatu. Po śmierci papieża Agapita I, tron Piotrowy zajął – pod naciskiem króla Gotów – Sylweriusz. Cesarzowi się to nie spodobało, więc wysłał Belizariusza, by posprzątał. I tak Sylweriusz został zdetronizowany i zesłany na wyspę Palmarię (dziś Ponza), gdzie umarł śmiercią głodową. I teraz uwaga – plot twist! Belizariusza dopadły wyrzuty sumienia. W ramach zadośćuczynienia zbudował tu kaplicę i hospicjum dla chorych, ubogich i pielgrzymów. Czyli – karma, ale w marmurze.
W XI wieku kaplica urosła do rangi kościoła, a w latach 1573–1575 dostała lifting od Jacopa del Duca, ucznia samego Michała Anioła (czyli jakby wnuczek geniusza). Od 1854 opiekuje się nim Bractwo Najświętszej Krwi – jak sama nazwa wskazuje, nie od parady.
Wnętrze? Jednonawowe, cztery boczne kaplice, nagrobki szlacheckich rodów i obraz „Madonna z Dzieciątkiem” ofiarowany przez Watykan w 1677 roku – prezent z klasą! Na suficie dzieło Antonio Gherardiego z 1670 – trzy główne sceny: „Przedstawienie Marii w świątyni”, „Wniebowzięcie” i „Obrzezanie Jezusa” (czyli wszystko, co trzeba). Dookoła – cały poczet scen pobocznych: „Narodzenie Marii”, „Nawiedzenie św. Elżbiety”, „Ucieczka z Egiptu”, „Jezus wśród mędrców”, „Pokłon Trzech Króli”, „Święta Rodzina” – jak telenowela, tylko biblijna i z lepszą scenografią.

Wróćmy ponownie na plac di Trevi, by po raz ostatni zerknąć kątem oka na tę marmurową ekstazę barokowego przepychu, a następnie ruszmy uliczką po prawej stronie fontanny – via della Stamperia. Nazwa nieprzypadkowa – w XVI wieku urzędowała tu oficjalna typografia papieska. Coś jak Watykański Gutenberg, tylko z większą ilością łacińskich błędów drukarskich.
Pod numerem 6, zupełnie jakby czekał na nas w garniturze z XIX wieku, stoi neoklasycystyczny budynek z 1837 roku – dzieło nie byle kogo, bo samego Giuseppe Valadiera, ulubieńca rzymskich urbanistów i złotej rączki klasycyzmu. Gość był tak wszechstronny, że gdyby żył dziś, to projektowałby zarówno opery, jak i aplikacje mobilne.
Od 1975 roku ten elegancki dom sztuki gości Narodowy Instytut Grafiki (Istituto Nazionale per la Grafica) – miejsce, gdzie papier, tusz i historia odbywają romantyczne randki. Co się tu przechowuje? Ano perełki: 23 000 płyt kalkograficznych (tak, naprawdę – ktoś policzył) z okresu od XVI do XX wieku oraz fotograficzne negatywy o znaczeniu historycznym i artystycznym, w tym zdjęcia tak stare, że prawdopodobnie widać na nich, jak Rzymianie jeszcze sami stawiali Koloseum 😛
Na pierwszym piętrze znajdziemy też pomnik nordyckiego Apolla dłuta – uwaga, dzwoni znajomy dzwonek? – Bertela Thorwaldsena! Tego samego, który w Warszawie podarował nam pomniki Mikołaja Kopernika i księcia Józefa Poniatowskiego. Mało? To dorzucamy jeszcze tajemniczą Piramidę w Rapie, czyli grobowiec rodu von Fahrenheid – mroczny monument, wokół którego krążą legendy z dreszczykiem. Niektórzy twierdzą, że zmarli tam wciąż trzymają się za ręce. A przynajmniej za kości śródręcza.
Ale dalej, nie przystajemy! Idąc wzdłuż ulicy, pod numerem 8 wyrasta Palazzo della Stamperia, z monumentalnym wejściem od strony via del Tritone.

Rezydencja powstała w roku 1580 na zamówienie kardynała Luigi Cornaro, według planu Jacopa del Duca, ucznia i fanboja Michała Anioła. Del Duca postanowił połączyć klasę z muskularną architekturą, tak jakby Donatello i Schwarzenegger spotkali się na kursie projektowania wnętrz.
Po śmierci kardynała (zaskakująco szybko, jak na tamte czasy), pałac był trochę jak mieszkanie w Rzymie – co chwila miał nowego lokatora. Aż w 1777 roku kupił go sam papież Pius VI, który urządził tu Izbę Druku i Rytowania – coś w stylu ministerstwa estetyki.
W murach tego samego pałacu, w 1636 roku, zgasło życie Marii di Savoia, córki Karola Emanuela I i Katarzyny, infantki Hiszpanii. Tę smutną historię przypomina tablica pamiątkowa z 1939 roku – przykład na to, że w Rzymie nawet śmierć bywa estetycznie oprawiona.
A potem nadszedł okres faszystowski i budynek dostał nową, sztywną fryzurę: stał się siedzibą Departamentu Korporacji Faszystowskich, a później – jeszcze bardziej urzędowo – Ministerstwa Przemysłu, Handlu i Pracy. Obecnie mieści się tu część urzędów Prezydenckiej Rady Ministrów. Mówią, że biurokracja to wieczna Rzymianka – zawsze w formie, nigdy na emeryturze.
Naprzeciw – pod numerem 77 – rozciąga się Palazzo Carpegna, czyli prestiżowa siedziba Narodowej Akademii św. Łukasza. Tak, tak, tej samej, gdzie swoje eleganckie przysłowiowe pióro (a raczej pędzel) maczał Henryk Siemiradzki, a Kacper Bażanka uczył się, jak postawić kościół i nie zgubić proporcji.

Akademia została założona w 1577 roku przez Federica Zuccaro (który nie tylko malował, ale i prowadził edukacyjne reformy, czyli był włoskim odpowiednikiem „byłego pewnego naszego ministra”). Wszystko to z błogosławieństwem papieża Grzegorza XIII – tego od kalendarza, który zabrał nam 10 dni, ale dał więcej porządku.
Budynek zaprojektował Giacomo della Porta, a w latach 1643–1647 przebudował go geniusz Francesco Borromini – jego dziełem jest m.in. portal i portyk, z których każdy łuk woła: „patrz na mnie, jestem barokiem!”
Od 1932 roku mieści się tu także Galeria Sztuki Akademii św. Łukasza, a w niej prawdziwa uczta dla oczu i umysłu:
-
Portret Klemensa XI – dzieło Pietro Teneraniego, klasycyzującego rzeźbiarza z syndromem marmurowej precyzji
-
Fragment fresku Rafaela Santi z cherubinem – jeden z tych aniołków, które wyglądają, jakby właśnie ukradły ci ciastko
-
„Ogłoszenie Dobrej Nowiny pasterzom” – Jacopo Bassano, mistrz owiec i nastroju
-
„Ruiny Rzymskie” – Giovanni Paolo Pannini, który lubił ruiny bardziej niż przeciętny archeolog
-
„Dziewica z Dzieciątkiem i anielskimi grajkami” – Antonie Van Dyck, barokowa poezja w oleju
-
„Nimfy Obfitości” – Pieter Paul Rubens, czyli klasyka pełnych kształtów
-
„Trzy Gracje” – znowu nasz znajomy Thorvaldsen, który potrafił sprawić, że marmur wygląda jak pianka
-
„Wenus i Miłość” – Guercino, czyli zmysłowość i czułość podpatrzone pod rzymskim słońcem
-
„Maska Michała Anioła” – Daniele z Volterry, przyjaciel Mistrza, który – nomen omen – zakrywał też jego „nieprzyzwoitości”
Skręćmy teraz w prawo, w via del Tritone, gdzie czas płynie szybciej, a samochody szybciej niż czas. Po kilku krokach trafimy na uroczy, nieco przyklęknięty wśród zgiełku kościółek NMP Bogurodzicy z 1594 roku. Wezwanie zawdzięcza obrazowi Matki Boskiej, który – zgodnie z legendą – przywędrował aż z Konstantynopola. Rzymianie nie pytają „czy to prawda?”, tylko „czy to nie cudownie?”.
Po prawej, pod numerem 152, stoi Palazzo Messenger, powstały w latach 1910–1915.

Najpierw działał tu hotel, potem od 1920 roku redakcja gazety „The Messenger” – zwanego przez niektórych „Nowym Testamentem newsów”.
Naprzeciw, po drugiej stronie ulicy, znajdziemy dawny sklep „Old England” z 1913 roku – obecnie siedziba Deutsche Banku. Tak, ironia losu – kiedyś tweed i herbatka, dziś euro i Excel.
I oto docieramy do celu naszego spaceru – Piazza Barberini, gdzie zaczniemy kolejną przygodę, tym razem po zboczach i szczycie wzgórza Kwirynał. Ale to – jak w porządnym serialu – następnym razem!
Pozdrawiam serdecznie i życzę miłego zwiedzania oraz żebyście nigdy nie potknęli się o kolumnę sprzed naszej ery!
——————————-
Podoba Ci się Spacerownik po Rzymie? Postaw nam kawę, przy kawie teksty szybciej się piszą 😜
Bibliografia:
- C. Rendina, Le Chiese di Roma, Newton & Compton Editori, Milano 2000;
- Giorgio Carpaneto, I palazzi di Roma, Roma, Newton & Compton, 2004;
- Claudio Rendina, Donatella Paradisi, Le strade di Roma. Roma, Newton Compton Editori, 2004;
- Sergio Delli, Le fontane di Roma, Schwarz & Meyer Ed., Roma, 1985;