W dniu dzisiejszym czeka nas kolejny spacer po dzielnicy zwanej Trevi. Nie, nie będziemy rzucać monet do fontanny — jeszcze nie. Najpierw musimy wspiąć się, na jedno z legendarnych siedmiu wzgórz Rzymu. Nie, nie będzie to górska wyprawa w stylu alpejskim, ale obiecuję, że pot pod nosem się pojawi — jeśli nie od wspinaczki, to z wrażenia. Zapraszam na przechadzkę wokół Kwirynału, wzgórza, które od wieków zerka z góry na Rzym z mieszaniną politowania i dumy.

Jak zapewne pamiętacie — a jeśli nie, to szybko przypomnę — ostatni spacer zakończyliśmy na Piazza Barberini. No to nie przedłużając, tutaj dziś zaczynamy. Kiedyś plac nosił nazwę Grimani, od nazwiska kardynała, który miał tu swoją rezydencję. Ot, klasyczna sytuacja: „Mam dom, będzie i plac z moim imieniem”. Po roku 1625 jego los się zmienił i został ochrzczony jako Sforza Capo le Case, z racji nowej, szlacheckiej winnicy i rezydencji rodu Sforzów. Ale prawdziwe „barokowe show” zaczęło się dopiero wtedy, gdy pojawił się tu kardynał Francesco Barberini – człowiek, który jak coś robił, to z rozmachem. Od jego nazwiska plac nosi dziś nazwę.

Piazza Barberini

Na środku tegoż placu pyszni się jak paw fontanna – Fontana del Tritone, dzieło Gian Lorenzo Berniniego z roku 1643.

Fontana del Tritone

Ach, Bernini! Gdyby istniał Instagram w XVII wieku, miałby więcej followersów niż cała rodzina Medyceuszy razem wzięta. Fontanna, w swoim czasie zasilana była wodą z akweduktu Acqua Felice, ochrzczonego tak od imienia papieża Sykstusa V (czyli kardynała Felice Perettiego, zanim się papieżował). Ten sprytny papież odbudował akwedukt na ruinach starożytnego Acqua Marcia – czyli zrobił dokładnie to, co dziś robią deweloperzy: nowoczesne na starym, tylko wtedy to miało więcej klasy.

Niestety, w XIX wieku, kiedy przyszła kolej na kolej, akwedukt przecięto, by zbudować stację Termini – bo najwyraźniej ktoś uznał, że pociąg ważniejszy niż Tryton. Dziś tenże akwedukt kończy swój żywot w Parco degli Acquedotti, a fontanna – cóż – ciągnie z miejskich wodociągów. Ot, z barokowego glamour do prozaicznego H2O z kranu.

Ale za to jak wygląda! W samym środku Tryton, Bóg Morza, nadmuchany jak wenecki lifeguard, dmie w muszlę niczym róg bojowy, z którego tryska woda. Całość podtrzymywana jest przez cztery delfiny – nie takie z bajek Disneya, tylko poważne, barokowe delfiny, ozdobione papieską tiarą, kluczami św. Piotra i rzecz jasna herbem Barberinich, bo bez pszczółek to w ogóle nie ma rozmowy.

Stojąc na placu, plecami do fontanny, patrzymy na hotel Bernini, który wygląda tak, jakby chciał powiedzieć: „Tak, też jestem tu od wieków”. Skręcamy w prawo, w via delle Quattro Fontane, czyli ulicę Czterech Fontann – choć na razie nie zdradzę, gdzie są te cztery. Trzymajmy napięcie. Ulica prowadzi nas do monumentalnej rezydencji, która śmiało mogłaby kandydować do tytułu „Pałac Roku 1633” – Palazzo Barberini.

Palazzo Barberini

Jego historia zaczyna się w roku 1625, kiedy na miejscu dawnej willi kardynała Rodolfo Pio z Capri rozpoczęto budowę nowego pałacu dla wspomnianego wcześniej Francesco Barberiniego. Projekt opracował Carlo Maderno, człowiek tak utalentowany, że aż… zmarł wkrótce po rozpoczęciu budowy. Mówią, że nie doczekał nawet pierwszego piętra – co jak na architekta może trochę boleć. Pałeczkę przejął więc Gian Lorenzo Bernini, a jako że nie lubił się nudzić, zaprosił do współpracy swojego arcyrywala – Francesco Borrominiego. Tak powstało coś w rodzaju barokowego „Projektu Lady Gaga z Beyoncé”.

Budowa zakończyła się w 1633 r., a choć trzon konstrukcji należy do Maderna, Bernini dorzucił swoje „trzy grosze” do fasady, a Borromini – swoje cudaczne okna na najwyższym piętrze i spiralne schody z podwójnymi kolumnami, które sprawiają, że człowiek czuje się, jakby kręcił się w barokowej karuzeli.

Fasada Palazzo Barberini

Wjazdu na teren pilnuje żelazna brama, oparta na siedmiu trawertynowych filarach, wykonana przez Francesco Azzurri – brzmiałoby jak nazwa pasty, ale to naprawdę architekt. Na dziedzińcu znajdziemy fontannę z trzema pszczołami – symbol Barberinich. Gdyby to byli Polacy, byłby pewnie orzeł i szabla, ale we Włoszech lepiej działa miód (i nepotyzm).

Po lewej: fontanna na dziedzińcu; po prawej: wejście do holu Palazzo Barberini

Palazzo Barberini to dziś Galleria Nazionale d’Arte Antica, czyli raj dla miłośników malarstwa, fresków, popiersi i grubej symboliki. W jej zbiorach znajduje się 1445 obrazów oraz 2067 dzieł sztuki dekoracyjnej – tyle dzieł, że aż boli kark od patrzenia.

Hol Palazzo Barberini
Posągi z lewej strony holu Palazzo Barberini
Posągi z prawej strony holu Palazzo Barberini
Jedna z klatek schodowych

A co tam znajdziemy? Uwaga, lecimy:

  • Popiersie Antonio Barberini – dłuta Berniniego. Czyli jeśli chcesz zobaczyć, jak wyglądała twarz nepotyzmu w marmurze, to voilà.

  • „La Fornarina” – słynna kochanka Rafaela Santi w całej swojej bujnej, ekstatycznej chwale.

  • „Mistyczne zaślubiny św. Katarzyny” – dzieło Lorenzo Lotto, czyli świętość na romantycznym speed-date.

  • „Mercury i Apollo”Francesco Albani, czyli mitologia w wersji soft erotica.

  • „Madonna” i „Św. Rodzina”Andrea del Sarto, bo każda galeria potrzebuje świętej rodziny.

  • Portret Stefana IV Colonna – autorstwa Agnolo Bronzino, specjalisty od zimnych spojrzeń i jeszcze zimniejszych błękitów.

  • „Anioł Stróż” oraz „Triumf Opatrzności Bożej” (fresk z 1639 r.) – Pietro da Cortona, którego pędzel mógłby malować nawet chmury na niebie.

  • „Ucieczka z Egiptu” i „Św. Agnieszka”Domenichino, czyli dramat biblijny na złoconym płótnie.

  • „Pokłon Pasterzy” i „Chrzest Chrystusa”El Greco, mistrz elongacji wszystkiego, co się rusza (i co nie).

  • No i crème de la crème: Caravaggio!

    • „Narcyz” (z lat 1597–1599) – czyli jak się zapatrzeć we własne odbicie i umrzeć pięknie.

    • „Judyta odcinająca głowę Holofernesowi” – malowana z życia, bo do Judyty pozowała Fillide Melandroi, kurtyzana i muza Caravaggia. W pierwotnej wersji Judyta miała jedną pierś odkrytą (hello, realizm!), ale późniejsi cenzorzy dorzucili półprzezroczystą tkaninę – tak na wszelki wypadek.

    • „Św. Franciszek podczas modlitwy” – dla równowagi duchowej.

Palazzo Barberini – widok od tyłu

Na koniec, coś dla miłośników starożytności – kiedyś, w ogrodach pałacowych, znajdowała się świątynia dedykowana trzem bóstwom: Jupiterowi, Junonie i Minerwie. A obok stał obelisk, który dziś oglądamy w ogrodach Borghese, w pobliżu tarasu widokowego na Pincio. Zatem jeśli kiedyś będziecie podziwiać zachód słońca z Pincio – pamiętajcie, że to tylko dzięki pewnemu Barberini, który wiedział, że fontanny, freski i pszczoły to przepis na nieśmiertelność.

Wróćmy na Piazza Barberini, ten nieco chaotyczny, ale uroczy plac, który wygląda, jakby urbanistyka spotkała się z espresso o szóstej rano – czyli szybka decyzja, potem panika i finalnie: „a może być”. Nim jednak odbijemy w wąską uliczkę via di S. Basilio (to ta druga po lewej stronie od hotelu Bernini – czyli tej efektownej kamienicy z duszą portiera w smokingu), zerknijmy najpierw w przeciwną stronę. W róg placu, tam gdzie via Veneto próbuje się wślizgnąć niepostrzeżenie, jak kelner z rachunkiem. A tam… proszę bardzo – Fontana delle Api, czyli Fontanna Pszczół.

Fontana delle Api

Na pierwszy rzut oka wygląda, jakby ktoś zbyt ambitnie potraktował muszelkę świętego Jakuba i postanowił ozdobić ją… owadami. Ale nie byle jakimi! To pszczoły z herbu rodu Barberini, a jak wiadomo, u Barberinich pszczoły były nie tylko w herbie, ale i – sądząc po tempie inwestycji – również we krwi.

Fontannę zaprojektował nie kto inny, jak Gian Lorenzo Bernini, czyli barokowy maestro z fantazją większą niż fryz papieskiej peruki. Fontanna powstała na zlecenie papieża Urbana VIII, którego nazwisko brzmiało Maffeo Barberini – i to właśnie jego herb zdobi pszczółki. Fontanna ma formę pionowo ustawionej muszli, z której wyzierają trzy kamienne pszczoły krążące nad marmurową misą. Urocze? Oczywiście. Ale też praktyczne – bo pierwotnie służyła za… wodopój dla koni. Tak, tak – zanim psy zaczęły mieć swoje spa, konie Rzymu miały własną fontannę Berniniego. Klasa!

Ale najciekawszy jest pewien sekret zapisany w kamieniu. Na muszli widnieje inskrypcja:

„Papież Urban VIII wybudował fontannę dla powszechnej ozdoby miasta, wybudował również tę małą fontannę dla użytku mieszkańców w roku 1644, XXI roku swego pontyfikatu.”

Pięknie? Jasne. Tyle że… tu właśnie zaczyna się rzymski twist godny opery komicznej. Kiedy fontannę odsłonięto, inskrypcja głosiła, że to „XXII rok pontyfikatu”. Problem w tym, że odsłonięcie nastąpiło ciut za wcześnie – jeszcze przed rocznicą. A jak na złość, papież zmarł osiem dni przed tym XXII rokiem. No i masz babo pszczołę! Trzeba było szybko działać – zamiast nowej tabliczki, ktoś najwyraźniej chwycił za dłuto i zmienił „XXII” na „XXI”. Rzymianie może nie wynaleźli Photoshopa, ale za to zrobili pierwszy „live update” na marmurze.

A teraz, odrywając się od tej słodkiej – dosłownie i w przenośni – historii, udajmy się wspomnianą via di S. Basilio do miejsca, które rzadko gości w folderach biur podróży, a szkoda! Na końcu tej uliczki znajduje się grekokatolicki kościół S. Basilio, zbudowany w 1662 roku na zlecenie opata o imieniu tak barwnym, że sam mógłby być tytułem opery – Apoemone Agreste. Jeśli myślisz, że to imię przypomina zaklęcie z Harrego Pottera, nie jesteś sam. Ale ów dostojny opat zadbał o swoją nieśmiertelność – jego herb widnieje dumnie na łuku nad portalem świątyni. Na rogu budowli dostrzec można godło mnichów Bazylianów, czyli symbol ludzi, którzy potrafili połączyć modlitwę z organizacją godną pruskiej armii.

Po lewej: kościół S. Basilio; po prawej: kościół S. Nicola da Tolentini

Idziemy dalej, po czym skręcamy w urokliwą uliczkę Salita di S. Nicola da Tolentini – nazwa długa jak homilia w święto patronalne – i dochodzimy do kościoła San Nicola da Tolentino. Ten został wzniesiony w 1599 roku dla nowicjuszy Zakonu Karmelitów Bosych – czyli tych, co poszli na duchową całość: bez butów, bez własności i bez złudzeń.

W 1654 roku kościół przeszedł barokową metamorfozę według projektu Giovanni Maria Baratta. Efekt? Klasyczny przykład rzymskiego baroku – plan krzyża łacińskiego, nawa główna z trzema kaplicami po każdej stronie, stiuki na sklepieniu, a całość zwieńczona kopułą pokrytą freskami, które wyglądają, jakby anioły próbowały wygrać konkurs na najefektowniejsze selfie z nieba.

Wnętrze kościoła S. Nicola da Tolentini

W centrum, na głównym ołtarzu – dramat, cud i marmurowe mięśnie w jednym: „Wizja św. Mikołaja z Tolentino”, dzieło Ercole Ferrata i Domenico Guidi. Ta rzeźbiarska scena przedstawia świętego w chwili ekstazy – nie z powodu lotto, ale za sprawą chleba św. Mikołaja, który rozdawał wiernym, wzywając błogosławieństwa Maryi i św. Augustyna. Chleb ten miał ponoć moc uzdrawiającą, czyli pierwszy znany przypadek glutenu cudotwórczego.

Po tej duchowej uczcie, wychodzimy z kościoła, skręcamy w lewo i kontynuujemy spacer uliczką Salita di S. Nicola da Tolentini aż do via Barberini. Tam skręcamy znów w lewo, i po paru minutach marszu, niekoniecznie trzymając tempo legionu rzymskiego, docieramy do placu Largo di S. Susana.

Na jego środku niespodzianka z końcówki XX wieku: pomnik Giano nel Cuore di Roma, stworzony w 1997 roku przez Pietro Consagrę.

Pomnik Giano nel Cuore di Roma

Kto to Giano? To bóg Janus, pan od drzwi, początków, końców i patrzenia w dwie strony jednocześnie – taki starożytny patron multitaskingu.

Po lewej stronie stoi monumentalny gmach Ufficio Geologico czyli Instytutu Geologicznego, który powstał w 1869 roku we Florencji, ale po trzech latach, niczym student szukający taniego akademika, przeniósł się do Rzymu. Budynek zaprojektował Raffaele Canevari – człowiek, który najwyraźniej lubił porządek w kamieniach bardziej niż przeciętny kolekcjoner minerałów.

Ufficio Geologico

Plac S. Susana to taki mały, ale sprytny węzeł komunikacyjny, który łączy się z innym placem (o nim zaraz pogadamy) i z ulicą o nazwie, która brzmi jak data z podręcznika historii — via XX Settembre. Już sam ten fakt wskazuje, że nie jest to miejsce dla tych, którzy lubią zgubić się w czasie i przestrzeni.

Na rogu, po lewej stronie, stoi coś, czego pominąć się po prostu nie da, nawet jeśli próbujesz udawać, że jesteś bardzo zajęty patrzeniem na swój telefon — to kościół S. Maria della Vittoria. A skoro mówimy o kościele, to od razu wyciągnijcie notes, bo tu jest historia i sztuka na poziomie, który do dziś przyprawia o  zawrót głowy.

Po lewej: fasada kościoła S. Maria della Vittoria; po prawej: wnętrze świątyni

Świątynia powstała dzięki fundacji kardynała Scipione Borghese, czyli faceta, który nie tylko wiedział, jak się urządzić, ale też miał dobry gust i pieniądze na realizację. Projekt wyszedł spod ręki Carlo Maderno, a budowa trwała od 1608 do 1620 roku — czyli wtedy, kiedy moda na barok zaczynała właśnie rozpychać się łokciami w artystycznym świecie.

Nazwa kościoła — Santa Maria della Vittoria — wzięła się od obrazu Madonny znalezionego w ruinach zamku w Pilznie (tak, tym Pilznie, co to później zasłynęło piwem, ale nie tylko). Ten obraz dostał swoje wezwanie po bitwie pod Pragą w 1620 roku, kiedy to wojska Ligi Katolickiej dały solidną lekcję husytom. No, niestety oryginał obrazu spłonął w pożarze w 1833 roku, więc dzisiaj możemy podziwiać tylko kopię w ołtarzu — trochę jakby zobaczyć selfie sprzed ery smartfonów.

Ale teraz będzie hit: podczas prac archeologicznych pod fundamentami kościoła natrafiono na słynny posąg „Śpiącej hermafrodyty”! Tak, tak — oryginał, nie jakaś tam podróba. Ten delikwent trafił prosto do willi Borghese, gdzie można go podziwiać do dziś. A co z wersją z Luwru? To tylko kopia, choć pewnie co drugi turysta myśli inaczej, bo przecież kto by się tam znał na płci artystycznej… Ale widzicie, pojęcie „trzeciej płci” nie jest wymysłem XXI wieku, tylko starą, dobrą klasyką.

Wnętrze kościoła to prawdziwy festiwal przepychu — marmury, stiuki, złoto, które wygląda jakby miało lada moment spłynąć po ścianach i zrobić fontannę. Jednonawowy z trzema kaplicami po każdej stronie, jakby ktoś chciał mieć pewność, że każdy zakamarek jest oblepiony sztuką i bogactwem.

Po lewej: sklepienie; po prawej: ołtarz główny

Na sklepieniu króluje „Triumf Madonny nad herezją i upadek rebelii anielskiej” autorstwa Giovanni Domenico Cerriniego z 1675 roku — scena jak z hollywoodzkiego filmu, tylko bez popcornu. Ten sam artysta namalował też „Wniebowzięcie w chwale” w kopule, co jest świetnym argumentem, żeby spojrzeć w górę.

Nad portalem rozbrzmiewają barokowe organy autorstwa Mattia De Rossi (1680 rok), które wyglądają jakby mogły odpalić koncert nawet dla najbardziej wybrednych melomanów.

Przejdźmy teraz do ważniejszych dzieł:

  • W kaplicy po prawej stronie, numer dwa, w ołtarzu mamy „Madonnę z Dzieciątkiem i św. Franciszkiem”, a po bokach dwie perełki: „Św. Franciszek w ekstazie” i „Św. Franciszek otrzymuje stygmaty”, które wyszły spod ręki Domenichino z 1630 roku. Co tu dużo mówić — święty Franciszek miał tu swoje pięć minut chwały, i to w najlepszym stylu.

  • W prawym transepcie zaś mamy marmurową grupę „Sen św. Józefa” autorstwa Domenico Guidi — jak ktoś myśli, że sen świętego to coś nudnego, to nie widział tej rzeźby. Po bokach zaś Pierre-Étienné Mannot ułożył sceny: „Ucieczka z Egiptu” i „Pokłon pasterzy” — marmury, które wyglądają jak żywe, tylko nie trzeba ich karmić. Na sklepieniu zaś rozkwita „Gloria” autorstwa Ventura Lamberti — takiego sobie chmurkowego koktajlu z nieba.

  • Ołtarz odrestaurowany w 1833 roku kryje dwie sceny: „Matka Boska Zwycięska wkracza do Pragi wraz z wojskiem katolickim” autorstwa Luigi Serra oraz „Porwanie św. Pawła do trzeciego nieba” od Gherardo delle Notti. Jeśli ktoś się zastanawia, jak wygląda niebo, to lepiej, żeby zobaczył ten ołtarz — przynajmniej wiemy, że jest kolorowo.

Teraz coś, co sprawi, że każdy tradycjonalista w Rzymie poczuje dreszcze — w lewym transepcie, czyli kaplicy Cornaro, projektu samego Gian Lorenzo Berniniego, znajduje się marmurowa edikola z jednym z najbardziej znanych i kontrowersyjnych dzieł baroku: „Ekstaza św. Teresy” (1644-1652). To nie jest zwykła rzeźba — to jak połączenie Hollywood z katolickim mistycyzmem.

Po lewej: „Ekstaza św. Teresy”; po prawej: „Sen św. Józefa”

Bernini, zainspirowany modą na św. Teresę z Avili, odtworzył scenę, w której anioł nawiedzał świętą, według jej własnych zapisków pełną bólu i niewyobrażalnej rozkoszy. Wiadomo, że duchowa ekstaza i ta bardziej cielesna, nazwijmy to, „rozgrzewająca”, chodzą tutaj łapa w łapę. Na rzeźbie widzimy omdlałą świętą i anioła, który dzierży strzałę — a miejsce, gdzie ta strzała trafia, nie pozostawia złudzeń co do symboliki (wybaczcie delikatność, ale klasyka baroku to nie dla mięczaków). Twarz Teresy wyraża mieszankę bólu, ekstazy i czegoś, czego nie powstydziłby się najlepszy aktor teatralny. Całość oglądają z boku członkowie rodu Cornaro — jakby byli w pierwszym rzędzie teatru, tylko zamiast popcornu mieli trochę modlitw.

Bernini wykazał się geniuszem również w oświetleniu — małe, ledwo widoczne okienko z tyłu kaplicy wpuszcza światło, które tworzy złote promienie otulające postaci, jakby sam Bóg mówił: „No dalej, chłopaki, zróbmy show”.

Co jeszcze?

  • W kaplicy trzeciej po lewej stronie mamy „Trójcę Przenajświętszą” autorstwa Guercino oraz pomnik grobowy kardynała Berlinghiero Gessi wykonanego przez Guido Reni — wszystko to na prawej ścianie, więc trzeba się trochę rozciągnąć, ale warto.

  • W kaplicy drugiej po lewej stronie dominuje obraz „Chrystus objawiający się św. Janowi od Krzyża” autorstwa Nicolasa Lorrain, który namalował także dzieła po lewej stronie: „Madonna ratująca św. Jana od Krzyża” oraz „Śmierć świętego”. Kto mówił, że śmierć nie może być piękna?

A jeśli jeszcze zostanie wam odrobina energii, w zakrystii kościoła możecie zobaczyć flagi i transparenty zdobyte na Turkach w bitwie pod Pragą. Tak, to nie żart — kawał historii na wyciągnięcie ręki.

Na koniec coś dla fanów Dana Browna i jego bestsellerowego „Anioły i Demony”. Ten kościół występuje tam jako miejsce z tajemniczym trzecim Ołtarzem Nauki. Niestety autor popełnił dwa błędy — po pierwsze umieścił kościół na Piazza Barberini, a on znajduje się jakieś pół kilometra dalej. Po drugie, strzała anioła według Browna miała wskazywać na Piazza Navona, co jest bzdurą. Kto by się jednak przejmował szczegółami, skoro tajemnice sprzedają się lepiej niż kawa na rogu?

Na koniec — pamiętajcie, że kościół, jak większość rzymskich świątyń, zamyka się w południe: otwarty jest od 7 do 12 i potem znowu od 15:30 do 19. Nie próbujcie więc wchodzić w czasie sjesty, bo możecie skończyć jak ten husyta, którego wojska Ligi Katolickiej pozamiatały pod Pragą — czyli na zimno i bez szans.

Wychodząc z kościoła, radzę się nie spieszyć. Dlaczego? Bo zaraz naprzeciwko czai się Fontanna Mojżesza, znana również jako Fontana del Mosè, a nie spojrzeć jej prosto w oczy to jak pojechać do Neapolu i nie zjeść pizzy – po prostu się nie godzi. Najlepszy punkt widokowy? Piazza di S. Bernardo, czyli wprost na wprost – nie z boku, nie z ukosa, tylko frontalnie, bo dopiero wtedy ta barokowa dama pokazuje, co potrafi.

Fontana del Mosè

Fontanna powstała w roku 1587, a jej projekt wyszedł spod ręki dwóch panów Fontana – Domenico i Giovanni, którzy przy tej robocie nie lali wody… no, może poza tą symboliczną. Fontanna pełniła funkcję dość przyziemną, choć opakowaną w barokowy splendor: była spektakularnym zakończeniem papieskiego akweduktu zwanego Aqua Felice, zbudowanego ku chwale i wygodzie papieża Sykstusa V. Ów papież, znany był z tego, że gdzie spojrzał, tam budował, i gdzie kazał, tam woda płynęła. Dziś powiedzielibyśmy, że miał rozmach, panie papieżu.

Całość wykonana została z klasycznego rzymskiego budulca – trawertynu, który można by uznać za marmur bardziej swojski, mniej kapryśny i doskonale nadający się do fontann, schodów, amfiteatrów i wszystkiego, co Rzymianie uznawali za absolutnie niezbędne do życia.

Cztery kolumny jońskie, jak z salonu fryzjerskiego dla bogów, podtrzymują solidne nadproże, a nad nim – uwaga – rodzaj barokowego poddasza (czyli element architektoniczny, który wygląda jakby miał za chwilę wystartować w kosmos). A na tym wszystkim siedzą sobie dwa anioły, dość umięśnione, które trzymają herb Sykstusa V, niczym starożytne logo „sponsorowane przez Watykan”.

Ale creme de la creme (czy raczej acqua della crema) tej fontanny stanowią trzy rzeźby umieszczone w niszach. I tu zaczyna się zabawa:

  • W centrum króluje sam Mojżesz, jakby właśnie wrócił z castingów do Marvela. To dzieło Leonardo Sormani i Prospero Bresciano z roku 1588. Mojżesz trzyma tablice Dekalogu z miną mówiącą: „Lepiej, żebyście przeczytali, bo drugi raz nie będę schodził z góry”.

  • Po lewej stronie widzimy Aarona, który prowadzi lud żydowski do wodopoju (czyli biblijny menadżer logistyki), dłuta Giovanniego Battisty Della Porta.

  • Po prawej zaś stoi Joshua, który prowadzi Żydów suchą stopą przez rzekę Jordan – pewnie w sandałach, bo jakże by inaczej – to dzieło wspólne Flaminio Vacci i Pietro Paolo Olivieri. I choć dziś GPS byłby pomocny, to Joshua najwyraźniej ogarnął wszystko bez nawigacji.

Posąg Mojżesza

Ale to jeszcze nie koniec atrakcji placu!

Stojąc tyłem do fontanny, po prawej stronie znajduje się kościół Santa Susanna, którego korzenie sięgają IV wieku! Tak, IV wieku – czyli wtedy, kiedy Rzym był jeszcze w pełni imperium, a chrześcijanie modlili się raczej po cichu. Pierwsza świątynia powstała na domach dwóch panów: Gabiniusza i Kajusza. Według legendy, ich córka – Susannaścięta została w 295 r., bo uparcie odmawiała małżeństwa z pogańskim generałem z armii cesarza Dioklecjana. Jakby to powiedzieć… cnotliwa i nieugięta. W dobie Tindera to naprawdę imponujące.

Kościół S. Susanna

Oczywiście kościół ten przechodził różne liftingi – i to nie tylko duchowe. Dzisiejszy wygląd zawdzięcza gruntownej przebudowie z roku 1597, podczas której stracił dwie boczne nawy (może były za bardzo z boku?) przekształcone w kaplice.

Fasada z roku 1603, autorstwa Carlo Maderno, prezentuje się dumnie. Jest dwupoziomowa, z centralnym portalem – bo wiadomo, środek to środek. W dolnych niszach stoją święte Felicity i Zuzanna, w górnych Kajusz i Gabiniusz. Wszystkie rzeźby to dzieła Stefano Maderno, który zapewne znał się z Carlo – nazwisko zobowiązuje.

Wnętrze? Jednonawowe z transeptem, absydą i dwoma kaplicami bocznymi po każdej stronie – w sam raz na spokojny spacer po duchowości. Ściany zdobią freski z życia św. Zuzanny, malowane przez Baldassarre Croce w 1595 roku. I choć dziś Netflix kusi, te malowidła opowiadają historię, która trzyma w napięciu. W ołtarzu głównym znajdziemy obraz „Śmierć św. Zuzanny” pędzla Tommaso Laurenti – XVII-wieczny spoiler życia męczennicy.

A teraz uwaga – w głębi placu ukryty jest drugi kościół: San Bernardo alle Terme. Powstał w 1598 roku na zlecenie Katarzyny Sforzy z Santa Fiora – kobiety, która wiedziała, gdzie i z kim się modlić. Nazwa kościoła wiąże się z św. Bernardem z Clairvaux (1090–1153), założycielem zakonu cystersów, znanym z tego, że mówił dużo, mądrze i często cytowany jest w książkach, których nikt nie kończy.

Po lewej: kościół S. Bernardo; po prawej: jego wnętrze

Co ciekawe, bazylika powstała na ruinach Term Dioklecjana, a jej cylindryczny korpus to tak naprawdę dawna wieża termalna, czyli średniowieczny recykling w najlepszym stylu. Stąd też „alle Terme” – czyli „przy termach”. Kościół ten zyskał przydomek „kościoła bez okien”, bo jedyne światło wpada przez okulus w kopule – trochę jak w Panteonie, ale wersja kompakt: średnica zaledwie 22 metry.

Kopuła z okulusem w kościele S. Bernardo

Kopuła ozdobiona jest koncentrycznymi rzędami ośmiobocznych kasetonów, które zmniejszają się ku górze – efekt jak w wirującym kalejdoskopie, tylko bardziej sakralny. W ośmiu niszach ściennych stoją posągi świętych dłuta Camillo Mariani – solidne, święte i monumentalne.

Wychodząc z kościoła, wędrujemy w lewo główną arterią o dumnej nazwie via XX Settembre, która upamiętnia dzień, gdy włoska armia 20 września 1870 roku „wpadła z wizytą” do Rzymu przez Breach Porta Pia, kończąc tym samym pontyfikaty z mieczem w ręce. Po prawej stronie, z rzędu jak eleganccy panowie w cylindrach, ustawiły się cztery pałace i jeden… no cóż, kościół nietypowy, jakby z innej bajki:

Palazzo Caprara (nr 11)

Palazzo Caprara

Palazzo Baracchini (nr 8)

Palazzo Baracchini

Kościół szkocki S. Andrea

Kościół szkocki S. Andrea

Palazzo Calabresi (nr 5)

Palazzo Calabresi

Palazzo Bourbon (nr 3)

Palazzo Bourbon

Za to po drugiej stronie ulicy, niczym olbrzymi wujek z zaciętą miną, pręży się Ministero della Difesa – Ministerstwo Obrony – w stylu neorenesansowym i o fasadzie boniowanej tak wysoko, że można by na niej uprawiać wspinaczkę.

Ministerstwo Obrony

Ten monumentalny gmach ma trzy potężne portale, przez które równie dobrze mogłyby wjeżdżać czołgi, karety albo bardzo pewni siebie generałowie. By zrobić mu miejsce, zburzono kilka istniejących wcześniej budynków, w tym konwent św. Teresy – należący do karmelitów bosych. No cóż, modernizacja nigdy nie pyta zakonników o zgodę.

Idąc dalej, dochodzimy do prawdziwego barokowego rondelka: skrzyżowania Czterech Fontann (Le Quattro Fontane). Jak wskazuje nazwa, na rogach stoją cztery fontanny – ale nie byle jakie, to czterech barokowych bohaterów wodnych, którzy od wieków nie spuszczają z oczu przechodniów i samochodów.

Dwie z Czterech Fontann
Kolejne dwie z Czterech Fontann

Fontanny zaczęto wznosić w XVII wieku według projektu Domenico Fontany (tak, ten sam od przebudowy Lateranu i poskramiania obelisków), a ukończył je Alessandro Specchi już w XVIII wieku, czyli jak to bywa w Rzymie – „zrobimy to jutro” potrafi trwać pokolenia.

Każda z fontann coś symbolizuje:

  • Tybr, czyli rzeka władców, papieży i… dzikich wilków – znajdziemy tu oczywiście wilczycę karmiącą Romulusa i Remusa, ale wybaczcie, tu akurat leży tylko wilk, jakby padł z wrażenia po wizycie inspekcji z Kapitolu.

  • Arno, to rzeka Florencji i miłości do loków – posąg to mężczyzna z kręconymi włosami, w towarzystwie kolejnego wilka (czyżby kuzyn rzymskiego?).

  • Junona, pani nieba i sponsorka burz domowych – tu jako kobieta z lwem, zapewne tym samym, który ziewał przy rzymskim Koloseum.

  • Lojalność – czytaj: „Pies na wieczność” – tutaj reprezentowana przez fontannę z psem, który wygląda, jakby czekał na patrona, co poszedł do urzędu i nie wraca od stu lat.

A teraz – trąby, fanfary i konfetti – oto perła architektury baroku: kościół San Carlo alle Quattro Fontane, znany też jako San Carlino, bo jest tak malutki, że Borromini mógłby go zmieścić w kieszeni… ale geniusz nie zna metra kwadratowego.

Fasada oraz wnętrze kościoła S. Carlo alle Quattro Fontane

Zaczęło się skromnie – w 1611 roku rodzina Mattei zakupiła działkę, a hiszpańscy Trynitarze postawili tu kapliczkę. Ale potem nadeszło olśnienie: w 1635 r. powierzono projekt Francesco Borrominiemu, który wcisnął w ciasny narożnik kościół, klasztor, krużganki, refektarz i wieżę, niczym włoski Tetris.

Borromini, artysta o duszy szalonego geometry, stworzył fasadę falującą jak burzliwe morze, gdzie wszystko się wklęsa i wypukla, zupełnie jak emocje przy oglądaniu rachunku za espresso przy Fontannie di Trevi.

Nad portalem królują trzy posągi:

  • św. Karol Boromeusz w centrum, dzieło Ercole Antonio Raggi – wygląda, jakby właśnie kończył kazanie o pokorze,

  • św. Jan de Matha (po prawej), współzałożyciel Trynitarzy, zawsze gotów wyzwalać jeńców,

  • św. Feliks z Valois (po lewej), ten od modlitwy i wędrówek po lesie – tu raczej bez namiotu.

Za fasadą majaczy wieża z iglicą wspartą na kolumnach, jakby gotowa do startu w barokowy kosmos.

Wnętrze – ach, wnętrze! Plan centralny, kopuła owalna jak jajo geniuszu – architektoniczny zen. W głównym ołtarzu świeci się dzieło Pierre’a Mignarda „Trójca Przenajświętsza”. Po lewej stronie ołtarza sielsko i rodzinnie: „Odpoczynek podczas ucieczki do Egiptu” pędzla Giovanni Francesco Romanelli.

W lewym ołtarzu bocznym spektakularna „Ekstaza św. Jana Chrzciciela della Concezione” autorstwa Prospero Mallerini, czyli duchowy GPS dla Trynitarzy. Po prawej: „Ekstaza św. Michała de Sanctis” pędzla Amalia de Angelis – sztuka, która aż buzuje od mistycyzmu.

A to nie wszystko! W zakrystii chowa się jeszcze jeden klejnot: „Św. Karol Boromeusz adorujący Trójcę Przenajświętszą” pędzla Orazio Borgianniego – duchowość w ramie.

Zaraz obok, po prawej stronie kościoła, znajduje się krużganek z lat 1635–36 – misternie wyważona przestrzeń dla modlitwy, medytacji i… zapewne trochę barokowego narzekania na wilgoć. Z niego wchodzi się do refektarza, gdzie mnisi karmią nie tylko ciało, ale i ducha: „Matka Boska z Dzieciątkiem i św. Szymonem de Rojas” pędzla Francisco Preciado czuwa nad posiłkami.

A pod kościołem? Krypta! To właśnie tutaj miała spocząć trumna z prochami Borrominiego. Niestety życie bywa bardziej przewrotne niż fasada jego kościoła. Ostatecznie spoczął w San Giovanni dei Fiorentini, czyli trochę jakby geniusza architektury po śmierci wysłano na przechowanie „do kolegi”.

Ale barok nie powiedział jeszcze ostatniego słowa. Idźmy dalej via del Quirinale. Po lewej stronie czeka na nas kościół drugiego „boga baroku” – Gian Lorenzo Berniniego. Przed państwem: Sant’Andrea al Quirinale – perełka w elipsie.

Fasada i wnętrze kościoła S. Andrea al Quirinale

Zbudowany dla jezuitów z polecenia kardynała Camillo Pamphilij, wnukaszka papieża Innocentego X, kościół ten odwraca całą ówczesną architekturę sakralną do góry kopułą. Bernini, jak przystało na mistrza teatralności, rozegrał wszystko jak scenę z opery: plan eliptyczny, ale… najkrótsza oś prowadzi od drzwi do ołtarza! Publiczność w szoku, konserwatorzy w rozterce.

Fasada jednoporządkowa, „ściśnięta” jakby ktoś ją wcisnął w pokrowiec. Portyk z kolumnami korynckimi prowadzi nas po eleganckich schodkach, nic tylko wchodzić jak do barokowego Broadwayu. Nad wszystkim herb Pamphilijów, żeby nie było wątpliwości, kto tu płacił rachunki.

W ołtarzu głównym dramat jak się patrzy: figura ukrzyżowanego św. Andrzeja autorstwa Borgognone z 1668 roku. W jednej z kaplic cudowna „Madonna z Dzieciątkiem i św. Stanisławem Kostką” autorstwa Carlo Maratty.

Wnętrze złocone, cherubinki sfruwają z kopuły jak z waty cukrowej, barokowy raj. A w klasztorze? Cela św. Stanisława Kostki, polskiego jezuity, którego duch unosi się tu pewnie razem z zapachem starego drewna i wieczornej modlitwy.

Na koniec smaczek dla fanów architektury z Krakowa: ta świątynia była inspiracją dla Kacpra Bażanki przy projektowaniu fasady kościoła Misjonarzy pw. Nawrócenia św. Pawła przy ul. Stradomskiej 4. Bo nawet Wawel zazdrościł Quirinalowi stylu.

Idąc dalej docieramy na plac Piazza del Quirinale. Znajdujemy się właśnie na szczycie wzgórza Kwirynał, najwyższego z siedmiu legendarnych wzgórz Rzymu. Tak, to tutaj Sabini kiedyś popijając wino i podjadając oliwki, postawili ołtarz dla swojego boga – Kwiryna. Włosi z linii – co zaczęło się w I w. p.n.e. – zmieniają te tereny powoli z „wiejska impresja” w „ogródki Cezara” i „ekskluzywne apartamenty” (czytaj: ogródki z brodzikiem i fontannami). Aż tu w IV wieku Konstantyn Wielki rzucił: „A co, jeśli postawimy tu gigantyczne termy?” I postawił. Na ich ruinach, w 1603 roku, wyrósł Pałac Rospigliosi – dziś Galeria Pallavicini, miejsce turystycznego grzechu i zachwytu.

W centralnej części placu wznosi się Fontana dei Dioscuri (Fontanna Dioskurów) – dwaj bracia o imionach Kastor i Polluks, mierzący do 5,6 m, stojący jak starożytni bodyguardzi. Oczywiście to kopie greckich posągów z V w. p.n.e., wstawione tutaj w roku 1588. W środku fontanny dominuje obelisk z czerwonego granitu – 14,64 m wysokości! Dawniej strzegł Mauzoleum Augusta. W 1818 r. dorzucono wannę z Campo Vaccino – 24‑metrowy basen, który wygląda jak starożytne jacuzzi.

Piazza del Quirinale z widoczną fontanną i Pałacem Prezydenckim

Głównym i najważniejszym budynkiem na tym placu jest niewątpliwie Palazzo del Quirinale – siedziba prezydenta Republiki Włoskiej (od 1946 r.). Całość zaczęła się w XVI wieku, gdy kard. Ippolito d’Este, syn samej Lukrecji Borgia, wpakował tu rezydencję. Od 1583 r. papież Grzegorz XIII bawił tu latem, pod parasolem. Pałac to dzieło żywej galaktyki artystycznych celebrytów – Longhi, Mascherino, Fontana, Ponzio, Maderno i sam Bernini. Kiedyś tu odbywały się nawet konklawe.

Fasada to dzieło Domenico Fontany – klasyczne renesansowe grandui­ro: dwupiętrowa dekoracja, portal autorstwa Carlo Maderno, kolumnowy tympanon, a na nim posągi św. Piotra (Stefano Maderno) i św. Pawła (Guillaume Berthélot). Nad portalem rozciąga się Loggia Błogosławieństw – subtelność w wydaniu Berniniego. Wnętrze kryje prawdziwe muzeum: mozaika „Dziewica” G. Conti i C. Marrata, „Chrystus w chwale” Melozzo da Forlì, freski Guido Reni, Ciro Ferri, Carlo Maratta, Pietro da Cortona – takie kombajny renesansu i baroku.

Wzdłuż elewacji zbiegają w dół schody do via della Dataria. U ich podnóża:

Palazzo della Famiglia Pontificia (nr 96): kiedyś dom papieskich bratanków, dziś – eleganckie biuro.

Palazzo della Famiglia Pontificia

Po przeciwnej (nr 21): Palazzo di S. Felice – 1860, Filippo Martinucci. Miejsce dawnego życia kapucynów, z dziedzińcem, w którym coś jakby „ruiny kościoła św. Mikołaja” z IX w. i grobowiec Gnejusza Sempron i jego siostry Sempronii oraz matki Larcii – uczczeni inskrypcją. Dziś to biura Kancelarii Prezydenckiej, czyli papieska elegancja.

Palazzo di S. Felice

Dalej – pod numerami 94–95 – Palazzo della Dataria Apostolica: z XVI wieku, odrestaurowany przez Piusa V, XIX‑wieczna przebudowa za Piusa IX – autor Andrea Busiri Vici. Miejsce, w którym formatowano przyszłe losy Kościoła.

Palazzo della Dataria Apostolica

Wracamy na Plac Kwirynalski:

Palazzo della Consulta (1732–34, Ferdinando Fuga, papież Klemens XII Corsini). Fasada dwukondygnacyjna, okna z frontonami (trójkątnymi i zakrzywionymi). Herb Corsini przypomina: „Tu rządzili papieże”. Teraz to Sąd Konstytucyjny, gdzie prawo spotyka historię.

Palazzo della Consulta

W dalszą drogę ruszamy przez via XXII Maggio!

Na początku ulicy – długi mur ukrywa Villa Pallavicini Rospigliosi, budowa zlecona w 1605 r. przez kard. Scipione Borghese, na ruinach term Konstantyna, kościoła S. Salvatore de Corneliis i klasztoru.

Villa Pallavicini Rospigliosi

Flaminio Ponzio zbudował, po 1613 dokończył Carlo Maderno, a Giovanni Vasanzio zaprojektował ogrody na trzech tarasach. Od 1704 r. dodano nazwę Pallavicini (wielka kolekcja: 540 obrazów, rysunków, rzeźb – Pietro da Cortona, Botticelli, Domenichino, Guido Reni, a nawet rysunki Berniniego!).

Wejście nr 44 – dawna Farmacia del Quirinale, ulubiona apteka Reginy Eleny (Helena Petrowić‑Niegosz).

Wejście do dawnej Farmacia del Quirinale

Po przeciwnej stronie Placu Kwirynalskiego pyszni się z gracją niczym koń w paradzie honorowej budynek Scuderie del Quirinale – kiedyś papieskie stajnie, dziś pałac wystawowy najwyższej klasy. I choć konie już dawno temu opuściły to przytulne lokum, warto wiedzieć, że na parterze zmieściło się ich 42, a na piętrze aż 86 – nie, to nie błąd, naprawdę trzymano konie piętro wyżej. Tylko spróbuj sobie wyobrazić papieskiego rumaka wjeżdżającego po marmurowych schodach. Ktoś musiał mieć fantazję i naprawdę dobre liny wyciągowe.

Dziś na 1500 m² eleganckiej przestrzeni wystawienniczej nie znajdziemy już zapachu siana, ale za to dzieła Michała Anioła, Caravaggia, Botticellego, Berniniego i Rembrandta – czyli śmietanka artystyczna Europy, która nie potrzebuje przedstawienia. W tych murach duch sztuki unosi się z takim przepychem, że niejeden krytyk ze łzami w oczach pochyla się nad płótnem, pytając szeptem: „czy to jest wystawa czasowa, czy ja już w niebie?”.

Scuderie przylegają do Ogrodów Monticavallo – uroczych, zielonych, zaskakująco spokojnych zważywszy na to, że znajdują się w samym sercu Rzymu. Idealne miejsce, by ochłonąć po nadmiarze zachwytów i odetchnąć rzymskim powietrzem (czasem przyprawionym spalinami, ale nadal szlachetnym).

Wejście do Ogrodów Monticavallo

Idąc dalej, dosłownie kilka kroków, trafiamy na kościół San Silvestro al Quirinale – niby niepozorny z zewnątrz, ale to tylko pozory. Jego historia sięga roku 1030, co oznacza, że ten budynek mógłby z powodzeniem wykładać na uniwersytecie przedmiot „Przetrwanie Rzymu”. Obecny kształt to efekt przebudowy z 1524 roku, a fasada – prawdziwa młódka – pochodzi dopiero z 1877 i została zaprojektowana przez Andreę Busiri Vici, architekta o nazwisku tak melodyjnym, że brzmi jak nazwa włoskiego aperitivo.

Kościół S. Silvestro al Quirinale

Wnętrze? Ach, tam dopiero zaczyna się uczta! Drewniany strop z XVI wieku – monumentalny, rzeźbiony, i pachnący przeszłością – przypomina o czasach, gdy drewno nie służyło do meblościanki, lecz do chwały Bożej. A freski na sklepieniu prezbiterium unoszą spojrzenie ku górze tak skutecznie, że trzeba uważać na schodki pod nogami.

W pierwszej kaplicy po lewej stronie – coś dla fanów detali i delikatnych zdobień: renesansowe kafelki podłogowe autorstwa Luca della Robbia – absolutny majstersztyk, który aż prosi się, by po nim nie chodzić (choć jak tu nie wejść?). A ściany zdobią freski Polidora da Caravaggio – nie mylić z jego bardziej sławnym imiennikiem Michelangelo Merisi, choć talentu mu odmówić nie sposób.

Ale prawdziwą bombą artystyczną i nie boję się tego słowa, jest Kaplica Bandini w lewym transepcie. Powstała w latach 1580–1585, a projekt wyszedł spod ręki Ottaviana Mascherino, człowieka, który potrafił zamienić kamień w poezję. W kaplicy znajdziemy obrazy Domenichina, malarza, który nie miał nic wspólnego z nudą, oraz rzeźby Alessandro Algardiego, którego dłuto sprawiło, że marmur zaczął mówić (i to całkiem elokwentnie).

A skąd się w ogóle wziął ten kościół? Ano związane jest to z papieżem Sylwestrem I, którego imię dziś kojarzy się raczej z balem, szampanem i petardami niż z soborami i herezją ariańską. To właśnie jemu zawdzięczamy… noc sylwestrową!

Legenda głosi, że w roku 317 papież Sylwester zamknął w podziemiach Watykanu smoka – tak, dobrze czytasz – prawdziwego smoka, który miał wedle przepowiedni wydostać się na wolność dokładnie w chwili, gdy wybije rok tysięczny i zionąc ogniem, dymem oraz brakiem savoir-vivre’u, zniszczyć cały świat. Wyobraź sobie ten klimat: 31 grudnia 999 roku, na placu przed Bazyliką św. Piotra gromadzi się tłum ludzi. Włosi, Niemcy, Frankowie, może nawet jakiś zabłąkany Słowianin, wszyscy z oczami wlepionymi w niebo i sercem w gardle. Niektórzy modlą się żarliwie, inni przemycają ostatnią butelkę wina z piwnicy wuja Bonifacego. Dzieci płaczą, starcy zawodzą, a zakonnice pod ręką trzymają święconą wodę i w razie potrzeby porządny kawałek krucyfiksu do walki wręcz.

Kiedy zegar bije północ, następuje… nic. Żadnego dymu, żadnego ryku, żadnej łuski czy pazura. Smok – ten apokaliptyczny gad – nie tylko nie zionie ogniem, ale nawet nie chrząknie. Cisza. Tylko dzwony, które zaczynają bić z radości. I wtedy, jak to u ludzi bywa, od ulgi do dzikiej euforii jest jeden krok.

Zaczyna się niepohamowana radość: ludzie rzucają się sobie w ramiona, całują się z nieznajomymi, tańczą na placu, wylewają wino i śmieją się, że oto świat jednak nie poszedł z dymem. Z tej właśnie euforii narodziła się noc sylwestrowa – noc, w której do dziś świętujemy nie tylko koniec starego roku, ale i fakt, że smok z podziemi wciąż grzecznie chrapie.

Tak więc, kiedy 31 grudnia wznosisz kieliszek prosecco, pamiętaj, że to nie tylko zabawa, to hołd dla papieża Sylwestra I, pierwszego pogromcy smoków w dziejach chrześcijaństwa i dla tej wiekowej tradycji, kiedy ludzkość świętuje… że nic się nie stało. Smacznego szampana i cieszmy się, że smok wciąż trzyma fason!

Tuż za kościołem (tym, w którym przed chwilą podziwialiśmy dzieła, które niejednemu biskupowi podniosły ciśnienie i ambicje) skręcamy w urokliwą uliczkę via della Cordonata, która prowadzi nas niczym starorzymski GPS… po schodach w dół, rzecz jasna, bo przecież Rzym to miasto zbudowane na siedmiu wzgórzach i nieskończonej liczbie schodów – ku uciesze fizjoterapeutów i rozpaczy turystów w klapkach.

W kilka chwil docieramy do via IV Novembre, ulicy, która, jak sama nazwa wskazuje, upamiętnia 4 listopada, czyli dzień zakończenia I wojny światowej we Włoszech. Niech to będzie chwilą zadumy, zanim znów wrócimy do włoskiej radosnej architektoniczno-historycznej zawieruchy. Przechodzimy na drugą stronę, co może brzmieć złowieszczo, ale spokojnie – chodzi tylko o jezdnię. Nie czeka nas żaden zaświat, a raczej kolejna magiczna mikrouliczka Rzymu – via del Carmine. Przylega ona do lewego boku hotelu Pace Helvezia, który wygląda jakby próbował udawać arystokratyczną rezydencję z epoki neoklasycystycznego kaprysu, a tak naprawdę jest sympatycznym zakątkiem dla tych, którzy chcą mieszkać blisko historii i karczochów z pobliskich trattorii.

Via del Carmine prowadzi nas… tak, zgadliście, znów po schodach! Gdyby ktoś jeszcze miał wątpliwości, to potwierdzam: Rzym to nie miasto, to forma treningu cardio. Ale nagroda za ten mikrowysiłek jest naprawdę nie byle jaka: ukryty jak dobrze strzeżony sekret zakonny kościółek Santa Maria del Carmine.

Kościół S. Maria del Carmine

Powstał on w 1624 r., jednak obecny wygląd jest zasługą Michelangelo Specchi z 1750 r. Tak, tak ten Specchi, który architekturę traktował jak scenę teatralną, a fasady jak kulisy opery barokowej. Gdyby miał dostęp do Instagrama, zalewałby storiesami cały Kwirynał: „Nowy portyk, nowy ja!”, „Wnętrze w stylu roccocò-ish„, albo po prostu selfie z podpisem: #SpecchiSelfie.

Ale wróćmy do rzeczy. Ten kościół (o który z jakiegoś powodu nikt z Was jeszcze nie pytał na quizach z historii sztuki) może i nie ma rozgłosu jak San Pietro, ale nadrabia stylem. W ołtarzu głównym mieści się obraz „Madonna z góry Karmel” – dzieło Gaspare Celio, artysty, który mógłby powiedzieć: „Maluję Madonny tak, że same się ustawiają w kolejce po aureolę”. Celio był twórcą, który dobrze czuł barokowy dramatyzm, u niego Madonna nie siedzi grzecznie na tronie jak na klasowej fotografii, ale pojawia się z rozmachem, jakby właśnie zeszła z niebiańskiego piedestału, gotowa siać łaski i robić cuda lepiej niż konkurencja.

W samym wnętrzu świątyni roi się od dekoracji, które mogłyby zawstydzić niejedną rezydencję królewską – stiuki błyszczące jak złote zęby kardynała, marmury z połyskiem godnym żurnala „Barok i Piękno”, a sklepienie? Gdyby je zamienić na fresk z niebem, aniołowie już by nie chcieli wracać do prawdziwego raju.

Ale… czas zejść z boskich wyżyn na ziemię. W tym miejscu kończy się nasz dzisiejszy spacer po kwirynalskim wzgórzu. I cóż to była za podróż! Trochę historii, trochę plotek z XVII wieku, trochę marmuru, jak na solidne rzymskie popołudnie przystało.

W kolejnym, który – jak obiecuje los i przychylność algorytmu Facebookapojawi się niedługo, odwiedzimy region zwany Colonna. A tam? Rodzina z ambicjami większymi niż rozmiar ich herbu, pałace, które wyglądają jakby Bóg chciał pokazać, jak się buduje porządny PR, oraz duchy przeszłości, które nadal kręcą się między kolumnami i nie mogą uwierzyć, że ktoś tu chodzi w sandałach.

Miłego zwiedzania 🙂

——————————-
Podoba Ci się Spacerownik po Rzymie? Postaw nam kawę, przy kawie teksty szybciej się piszą 😜

Postaw mi kawę na buycoffee.to

 

 

Bibliografia:

  • C. Rendina, Le chiese di Roma, Newton & Compton Editori, Milano 2000;
  • Giorgio Carpaneto, I palazzi di Roma, Newton & Compton, Roma 2004;
  • C. Rendina, D. Paradisi, Le strade di Roma, Newton & Compton Editori, Roma 2004;
  • Sergio Delli, Le fontane di Roma, Schwarz & Meyer Ed., Roma 1985;

Być może zainteresuje Cię również:

3 komentarze

  1. Czy w Palazzo di S Felice mozna zobaczyc te ruiny kosciola z 9 wieku i pozostalosci grobowca rzymskiego? Jest to udostepnione do zwiedzania?

Zostaw komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Ta strona używa Akismet do redukcji spamu. Dowiedz się, w jaki sposób przetwarzane są dane Twoich komentarzy.