Dziś czas na kolejny rozdział naszych rzymskich peregrynacji wzdłuż antycznej via Appia Antica – tej samej drogi, po której niegdyś stąpali legioniści, senatorowie i handlarze figami. Nasz spacer będzie tym razem dość krótki, ale nie dajcie się zwieść – choć trasa skromna, skarby, które odkryjemy, są absolutnie bezcenne, tym bardziej że większość przewodników milczy o nich jak sfinks. A zatem – kto z Państwa gotów, niech podciągnie sandały, bo dziś wkroczymy do zielonego serca południowego Rzymu – Parco della Caffarella.
Wyruszamy z miejsca, gdzie zakończyliśmy poprzednią przygodę, czyli spod kościoła Quo Vadis Domine, znanego też jako Santa Maria in Palmis. Jeśli właśnie się tam znajdujecie, to po prawej stronie rozciąga się via Ardeatina – nie wchodzimy tam jednak dziś, bo to zupełnie inna opowieść i, jak to się mówi, co się odwlecze…
Na wprost ciągnie się via Appia Antica, ale my tym razem skręcimy lekko w lewo, w wąską odnóżkę zwaną Viale della Caffarella. To właśnie nią podążymy, by odkryć miejsce, gdzie natura przeplata się z historią, a echa przeszłości rozbrzmiewają wśród śpiewu ptaków i… dźwięków grillowania przez okolicznych mieszkańców w słoneczne popołudnia.

Zanim jednak zanurzymy się w zieleni, jeszcze przed zakrętem w lewo, po prawej stronie zauważymy dziwną, okrągłą budowlę, wyglądającą nieco jak antyczna UFO-kaplica. To dawna Capella di Reginald Pole, wybudowana w 1539 roku przez angielskiego kardynała o arcyfilmowym nazwisku – Reginalda Pole’a.

Historia jego życia to gotowy scenariusz na hollywoodzki dramat: pochodzący z rodu Plantagenetów duchowny cudem uszedł z życiem, gdy Henryk VIII, znany reformator i seryjny mąż, wymordował jego rodzinę. Reginald, wdzięczny losowi (i prawdopodobnie też swoim sprytnym nogom), ufundował to okrągłe oratorium z kopułą i polichromiami jako podziękowanie za ocalenie.
Skręcamy wreszcie w lewo, w wąską uliczkę biegnącą między murami współczesnych domów. Wygląda niepozornie, jak zwykłe rzymskie zaplecze, ale na końcu, po prawej stronie, czeka na nas brama prowadząca do Parco della Caffarella – i tu zaczyna się prawdziwa magia.

Historia tego miejsca sięga 30 marca 1461 roku, kiedy to Antonio Caffarelli – człowiek wpływowy, ambitny i zafascynowany przyrodą – zakupił olbrzymią połać tutejszych terenów, by stworzyć rezydencję marzeń, otoczoną ogrodami, z których nawet Horacy byłby dumny. Kilka wieków później, w 1816 roku, teren ten przeszedł w ręce jednej z najpotężniejszych rodzin Rzymu – Torloniów. Markiza Teresa Torlonia, przekazywana jak królewski klejnot, została wydana za mąż za polityka Gerino Geriniego, a w posagu wniesiono właśnie te ziemie. Gdyby dziś robić z tego telenowelę, nosiłaby tytuł: Miłość, Markiza i Park Krajobrazowy.
Ale – jak to bywa – przyszło XX stulecie i z nim buldożery urbanizacji. W 1996 roku państwo włoskie postanowiło wywłaszczyć część terenu pod nowe osiedle – to właśnie Appio Latino, które istnieje do dziś, pełne bloków, dziecięcych rowerków i psów na smyczy. Reszta posiadłości została przekształcona w park, co okazało się zbawieniem dla tej części Rzymu, duszącej się od spalin i betonu.
Parco della Caffarella to dziś zielona oaza o powierzchni około 200 hektarów, leżąca między antycznymi drogami – via Appia a via Latina. Warto wiedzieć, że park to dziś swoisty patchwork własnościowy:
– 95% to tereny prywatne,
– z czego 40% należy do arystokracji rzymskiej (tak, szlachta nie rdzewieje),
– 25% dzierży państwo włoskie,
– 20% to własność drobnych gospodarstw rolnych,
– 10% należy do Kościoła – bo jak wiadomo, duchowni lubią mieć rękę na zieleni,
– a ostatnie 5% to tereny publiczne, czyli dostępne dla spacerowiczów, zakochanych, biegaczy i zbłąkanych turystów z przewodnikiem w ręku.
Park zwiedzimy według poniższego planu:

Przekraczamy bramę i wchodzimy na teren Parco della Caffarella – jakbyśmy właśnie wkraczali w inny świat, z dala od hałasu Rzymu, spalin i klaksonów. Tutaj czas płynie inaczej, jakby bardziej po łacinie. Przed nami rozciąga się aleja Valle della Caffarella, którą podążymy w kierunku pierwszego, niezwykle interesującego obiektu. No dobrze, może nie krzyczy z daleka „Jestem fascynujący!”, ale warto się przy nim zatrzymać.
To tzw. Tempio di Dio Redicolo – numer 1 na mapie, czyli popularnie zwana „świątynia boga Redicolo”.

Tajemnicze, prawda? Jednak nie dajcie się zwieść nazwie – to wcale nie jest świątynia, tylko grobowiec, a dokładniej cenotaf, czyli symboliczny grób. I to nie byle kogo, lecz Aspasii Annii Regilli – żony Heroda Attyka, rzymskiego arystokraty, polityka, filozofa i, żeby było ciekawiej, nauczyciela przyszłego cesarza Marka Aureliusza (tak, tego od Medytacji).
Historia Regilli to gotowy scenariusz greckiej tragedii z dodatkiem kryminału sądowego: w 160 roku, będąc w ósmym miesiącu ciąży, została brutalnie zamordowana – podobno na zlecenie własnego męża. Czy Herod był potworem czy ofiarą pomówień? Ostatecznie został uniewinniony, ale niesmak pozostał. Co ciekawe, Regillię pochowano nie tutaj, lecz w Grecji, więc ów cenotaf to coś w rodzaju pustego nagrobka z wielką ilością emocjonalnego bagażu.
Idziemy dalej, zanurzając się coraz głębiej w park. Dochodzimy do rozdroża – proszę się nie rozpraszać i iść prosto, nie skręcać ani w lewo, ani w prawo, choć kusi. Przekraczamy jedno z dziesięciu źródełek znajdujących się na terenie Caffarelli. To numer 2 na mapie, i nie byle jakie źródło, ale słynna „Święta Woda Rzymu”. Tak, proszę Państwa – to właśnie stąd pochodzi butelkowana woda mineralna Egeria, którą można kupić w niemal każdym sklepie we Włoszech. Kto by pomyślał, że z antycznego źródła robi się dziś biznes na skalę przemysłową?

Ścieżka prowadzi nas dalej, aż docieramy do malowniczych ruin znanych jako Ninfeo di Egeria (nr 3).

I znów jesteśmy w świecie mitów. Egeria była kameną, czyli nimfą źródlaną – piękną, boską istotą, której zadania wykraczały daleko poza podlewanie paproci. Była również kochanką, doradczynią i wieszczką króla Numy Pompiliusza, legendarnego drugiego króla Rzymu. Spotykali się w gaju, nieopodal Porta Capena, czyli w zasadzie tutaj. Po śmierci Numy, zrozpaczona Egeria płakała tak długo, aż sama zmieniła się w źródło. Mówią, że miłość boli – ale tu dosłownie wypłynęła w formie mineralnej.
W II wieku, nasz dobrze znany Herod Attyk, najwyraźniej lubiący przebywać w towarzystwie mitów i nieszczęśliwych kobiet, zbudował w tym miejscu willę. Wkomponował źródło Egerii w swoją posiadłość, jakby chciał mieć dostęp do mądrości na kran. Do dziś można podziwiać fragmenty murów, w tym główną niszę z tryskającym źródłem i boczne nisze, niegdyś ozdobione statuami bóstw akwatycznych. W niszy głównej przetrwał fragment figury – prawdopodobnie to personifikacja boga Almone, bóstwa lokalnych wód. Dawniej całość była wyłożona białym i zielonym marmurem, a posadzkę zdobiła wielobarwna mozaika. Sklepienie kolebkowe, którego resztki nadal można dostrzec, miało tworzyć iluzję naturalnej groty – taka rzymska wersja spa z efektem wow.

Maszerujemy dalej leśną ścieżką, aż dochodzimy do kolejnego rozdroża.

Tym razem skręcamy w prawo, by stanąć przed jedną z najbardziej intrygujących i najlepiej zachowanych budowli czasów rzymskich – kościołem Sant’Urbano (nr 4).

A zaczęło się to wszystko od… Bachusa. Tak, boga wina, płodności i niekończących się imprez. Początkowo w tym miejscu znajdowała się świątynia poświęcona jemu, ale w II wieku, nasz stary znajomy Herod Attyk znów postanowił coś zmienić i przemianował budowlę na świątynię Ceres i Faustyny. Cóż, czasy się zmieniają, gusta również – od dzikich orgii do matki natury i pobożnej cesarzowej.
W VI wieku, gdy część świątyni się zawaliła, odbudowano ją jako kościół pod wezwaniem św. Urbana, biskupa i męczennika. W XI wieku świątynię ozdobiono freskami, które częściowo przetrwały do dziś. Potem przyszedł rok 1634, a wraz z nim kardynał Francesco Barberini, który zarządził kolejną restaurację. Wtedy właśnie powstała ceglana ściana zamykająca antyczny portyk – decyzja, która pewnie dziś wywołałaby protesty konserwatorów zabytków, ale cóż, czasy były inne.
W XIX wieku kościół porzucono, a w 1962 roku budynek trafił w ręce prywatne i… stał się domem mieszkalnym. Czy można mieszkać w starożytnej świątyni? W Rzymie – wszystko jest możliwe. Na szczęście w 2002 roku miasto odkupiło obiekt i przekazało go Kościołowi. W 2005 r. kościół został ponownie konsekrowany i choć otwiera się niezwykle rzadko, wciąż pełni funkcję sakralną.
Wewnątrz, jeśli dopisze szczęście, można dostrzec słabo zachowane freski przedstawiające aż 34 sceny z życia Chrystusa, św. Urbana, św. Cecylii i innych świętych. U podstawy fresku z „Ukrzyżowaniem” da się nawet odczytać datę powstania i autora: Fratel Bonizzo 1011. Na kolebkowym sklepieniu widnieje „Apoteoza Annia Regilla” – hołd dla nieszczęsnej małżonki Heroda. Mała klatka schodowa prowadzi do krypty, w której przechowywano relikwie świętych. W jednej z wnęk dostrzeżemy fresk z X wieku: „Madonna z Dzieciątkiem, św. Janem i św. Urbanem” – niezwykle cenny, mimo że czas nie był dla niego łaskawy.
Od kościoła odchodzi boczna ścieżka, która zaprowadzi nas do kolejnego antycznego zabytku – rzymskiej cysterny (nr 5).

Zbudowana najpewniej w I wieku, służyła do magazynowania deszczówki, potrzebnej do nawadniania pól. W IV wieku cysternę częściowo rozebrano, a pozyskany materiał wykorzystano do budowy Cyrku Maksencjusza – ale o tym porozmawiamy podczas następnego spaceru.

Za cysterną widzimy zejście prowadzące do kolejnych ruin. Tym razem to Konstantyńskie Kolumbarium (nr 7) – grobowiec z II wieku, wzniesiony na planie prostokąta.

Miał dwa poziomy: na dole znajdowała się komora grobowa, a na górze odprawiano ceremonie pogrzebowe. Do dziś widoczne są pozostałości portalu, choć kolumny niestety przepadły w mroku dziejów.

Budulec to klasyczna żółta cegła, z dekoracyjnymi akcentami z cegły czerwonej – jak na ówczesne standardy, całkiem modne połączenie. W XVI wieku budynek przekształcono w młyn, jak widać – nawet grobowiec może zmienić zawód.
Ruszamy dalej! Tym razem ścieżką prowadzącą na lewo od grobowca. Po chwili marszu — w cieniu drzew, które mogłyby z powodzeniem służyć za statystów w filmach fantasy — naszym oczom ukazuje się Torre Valca (nr 8).

Nieco samotna, ale dumna z siebie jak stary legionista wspominający dawne czasy, ta kamienna dama powstała prawdopodobnie na przełomie XII i XIII wieku. Jej zadanie było proste i nieco nerwowe: pilnować mostu na rzece Almone, strzegąc przejścia między via Appia a via Latina, dwiema arteriam antycznego Rzymu. Strażnica, jak się patrzy — surowa, solidna, bez cienia uśmiechu. A jednak, jeśli dobrze się jej przyjrzeć, zdaje się szeptać: „Wiele widziałam, a jeszcze więcej przemilczałam”.
A teraz… czary się zaczynają.
Dokładnie naprzeciw wieży, wśród zieleni tak gęstej, że mogłaby ukrywać całą kohortę legionistów, znajduje się zarośnięta ścieżka prowadząca do miejsca owianego legendą: Bosco Sacro di Egeria – Święty Gaj nimfy Egerii (nr 6).

Ach, co za klimat! Wilgotne powietrze, szeleszczące liście i ten zapach ziemi, jakby las sam oddychał starożytnymi opowieściami. To jedno z najstarszych miejsc kultu rzymskiego.

Według przekazów to właśnie tutaj król Numa Pompiliusz spotykał się ze swoją boską doradczynią, Egerią — nimfą, wieszczką, muzą, a kto wie, może nawet pierwszą królewską terapeutką?

Dziś Gaj żyje inną historią — równie piękną. Co roku sadzone są tu młode drzewka w urodziny Lorenza Cuneo, młodego wolontariusza o wielkim sercu, który uwielbiał to miejsce. W 1998 roku, mając zaledwie 28 lat, Lorenzo zginął tragicznie pod kołami ciężarówki, próbując pomóc ofiarom wypadku drogowego. Gaj pamięta. Drzewa szumią o nim z czułością.
Schodząc ze wzgórza, zostawiając za plecami szumiące legendy i żywą pamięć, znów stajemy przed Ninfeo di Egeria — jakby Egeria uparcie przypominała nam: „Nie zapominajcie o mnie!”. Idziemy dalej, aż znów trafiamy na znajome rozdroże. Tym razem skręcamy w prawo i po kilku minutach marszu docieramy do mostu na rzece Almone (nr 9).

Rzeczka ta, choć dziś niepozorna i leniwa jak kot w południe, była kiedyś święta dla Rzymian. 27 marca każdego roku odbywał się tu mistyczny rytuał: obmywano w niej czarny kamień, nóż ofiarny i posąg bogini Kybele — niczym wstęp do rzymskiej wersji spa. I choć dziś nikt już nie szoruje posągów w Almone, rzeka wciąż szemrze coś o dawnych misteriach.
Zaraz za rzeką dostrzegamy urokliwą budowlę: Casale Vaccareccia (nr 10).

Wzniesiony w XVI wieku dla rodziny Caffarelli, która prowadziła tu pokaźne gospodarstwo rolne. Budynek „wchłonął” pozostałości XIII-wiecznej wieży, jakby chciał powiedzieć: „Zbudujemy coś nowego, ale tradycja niech zostanie”. Potem przejęli go Pallavicini, a w XIX wieku – ród Torlonia (któż by się ich tu nie spodziewał?). Dziś mieści się tu Agencja Agrokulturalna Caffarella, która — nie przesadzajmy — produkuje najlepszą w Rzymie ricottę i równie godny rzymskiego tronu Pecorino Romano. Jeśli macie okazję, nie wychodźcie bez sera. Naprawdę. Tego nie wybaczy wam ani Kybele, ani Wasze podniebienie.
Droga w lewo prowadzi nas ku kolejnym ruinom: Cisterna Fienile Torlonia (nr 13).

Podejrzewa się, że powstała pod koniec IV wieku. Długo trwała, ale w końcu natury nie da się przechytrzyć: zawaliła się w nocy 13 stycznia 2011 r. Jak na staruszkę przystało – odeszła w ciszy, bez fanfar.
Za ruinami skręcamy w prawo, wspinamy się nieco i wchodzimy do wyżej położonej części parku. Na końcu alei, tuż za placem zabaw (z którego dzieci mogłyby przegonić samego Cezara, gdyby próbował huśtawki), dostrzegamy kolejną cysternę — Cisterna Ninfeo (nr 12).

Zbudowana na planie prostokąta o wymiarach 6,80 x 9,15 m i wysokości ok. 3,5 m, pochodzi najpewniej z III wieku. Jej południowo-wschodnia część skrywa trzy nisze nakryte łukami, które mogły być częścią fasady fontanny – bo nic tak nie poprawia nastroju, jak dekoracyjna woda sącząca się wśród kamieni. I niech nikt nie mówi, że Rzymianie nie znali się na relaksie.
W pobliżu wznosi się jeszcze jeden obiekt: Casale Vigna Cardinali, dziś znany jako Casa del Parco (nr 11).

Nazwa pochodzi od winnicy rodu Torlonia, która działała tu na początku XX wieku. Dziś w miejscu, gdzie kiedyś fermentowało wino, fermentują dziecięce zabawy — siedzibę ma tu bowiem Centrum Zabawowe Parku Caffarella. Historia zatacza koło: najpierw radość w kieliszku, teraz radość na zjeżdżalni.
Wracamy pod Cysternę Torlonia, ale tym razem skręcamy w prawo, wspinamy się ostatni raz i wychodzimy na szeroką zieloną arenę wypoczynkową. Idealne miejsce na oddech, kanapkę albo marzenie o winie z dawnych winnic.
Tu też, w samym sercu tej zielonej sceny, znajduje się pomnik upamiętniający Lorenza Cuneo — tego samego, którego wspominaliśmy wcześniej. Wzruszająca inskrypcja to cytat libańskiego poety Khalila Gibrana, który lepiej niż niejeden senator oddaje ducha tego miejsca: prostego, pięknego, ludzkiego.

Na tym kończymy nasz spacer. Choć kroki mamy już wydeptane, dusza jeszcze błądzi po ścieżkach legend i ruin. Ale spokojnie — wrócimy. Kolejny spacer poprowadzi nas via Appia Antica, wprost w objęcia historii, która nigdy nie przestaje mówić.
——————————-
Podoba Ci się Spacerownik po Rzymie? Postaw nam kawę, przy kawie teksty szybciej się piszą 😜
Bibliografia:
- Roberto Vergara Caffarelli, Storia della famiglia Vergara Caffarelli;
- Lucrezia Spera, Il paesaggio suburbano di Roma dall’antichità al Medioevo: il comprensorio tra le vie Latina e Ardeatina dalle Mura aureliane al III Miglio, Roma 1999;
- Mariano Armellini, Le chiese di Roma dal secolo IV al XIX, Roma 1891.
Bardzo dziękuję za wspaniałą stronę i możliwość wędrówki po Rzymie!!! Obecnie nie mogę tam wyjechać ze względu na stan zdrowia, ale pamiętam, jak mniej więcej przed 10 laty błądziłam po Vialle della Caffarella i po samym Parku. Teraz dopiero mogę się od Pana dowiedzieć, co właściwie widziałam. Literatura w języku polskim o starożytnym Rzymie jest niezwykle uboga, zwykle zawiera jedynie ogólne i bardzo powierzchowne informacje, a literatura w języku włoskim jest w Polsce słabo dostępna. Chętnie bym się także czegoś dowiedziała o Katakumbach Priscylli, których chyba na stronie nie ma. Oczywiście wiem, że są w zupełnie innym miejscu Rzymu. Pozdrawiam Pana i Rzym!
W przyszłości pojawi się wpis o tych katakumbach 🙂 Pozdrawiam
Myślałam, że już z nam trochę Rzym a tu … Odkryłeś mi tajemnice. Świetny spacer.
Miejmy nadzieję, że jeszcze kilka odkryję ?