Dziś wybieramy się na spacer nieco krótszy niż zwykle – ale nie dajcie się zwieść pozorom! Mniejszy dystans nie oznacza wcale mniejszej dawki historii, sztuki i odrobiny dobrze wyważonego patosu (czyli wszystkiego, co Rzym lubi najbardziej). Zostajemy w obrębie dzielnicy znanej jako Quartiere del Rinascimento, czyli – jak sama nazwa wskazuje – Dzielnicy Renesansu, choć metryka i duch tego miejsca obejmują też inne epoki. Wędrujemy więc przez Rzym renesansowy, ale zakończymy na placu rodem z baroku – taki mały przeskok epokowy na zakończenie, jak przystało na Wieczne Miasto, które nigdy się nie nudzi… i nigdy nie kończy!

Ten zakątek leży w obrębie Centro Storico – czyli historycznego centrum Rzymu. Można powiedzieć, że to taki rzymski odpowiednik krakowskiego Starego Miasta, ale dużo starszy i – nie oszukujmy się – dużo większy. Przejść od Bramy Floriańskiej do Wawelu można w dwadzieścia minut, chyba że po drodze człowiek wpadnie na obwarzanek. W Rzymie od Porta Flaminia do Porta San Giovanni spacer zajmie już dobrze ponad godzinę, i to jeśli się nie zatrzymujemy co krok, by wzdychać do marmurów.

A jeśli chodzi o wiek… Cóż, najstarszy zabytek Starego Miasta w Krakowie, czyli Rotunda NMP na Wawelu, pochodzi z około roku 1000 – i dziś jest zupełnie pod ziemią. W Rzymie natomiast nadal można podziwiać budowle sprzed narodzin Chrystusa – i to pod chmurką. Ale nie licytujmy się, kto ma starsze, większe czy bardziej marmurowe, tylko ruszajmy na spacer!Zaczynamy na Piazza di Ponte S. Angelo i kierujemy się uliczką via del Banco di S. Spirito. Po prawej stronie mamy Palazzetto Bonadies (nr 60–61).

Palazzetto Bonadies

Wybudowany w XV wieku na starszej konstrukcji, później odrestaurowany i delikatnie przypudrowany pod koniec XIX wieku, kiedy to Rzymowi zafundowano wały przeciwpowodziowe (czytaj: betonowe gorsety na Tybrze). Budynek należał do kardynała Lorenzo Bonadiesa, a jego znakiem rozpoznawczym jest loggia z arkadami, wsparta na filarach i kolumnach – niczym antyczna wersja werandy z widokiem. Na parterze znajdziemy średniowieczny portyk, który dziś pełni rolę uroczego wejścia do sklepu z antykami – bo przecież gdzie, jak nie w Rzymie, antyk może mieć własny sklep?

Po przeciwnej stronie stoi kościół Santi Celso e Giuliano.

Kościół SS. Celso e Giuliano

Konsekrowany już w 432 r. przez papieża Celestyna I, a potem z gracją zrekonstruowany w 1733 r. przez Carlo De Dominicis, a na deser odrestaurowany w 1868 r. przez Andrea Busiri Vici. Fasada w dwóch porządkach, przecinana kolumnami, półkolumnami i pilastrami – pełna barokowej werwy. Wnętrze w kształcie elipsy, z trzema kaplicami po każdej stronie i prostokątnym prezbiterium z maleńką absydą, w której znajdziemy dzwon z 1268 r. – nadal dzwoni, więc nie hałasujmy za bardzo. W ołtarzu głównym błyszczy prawdziwa perła: obraz „Chrystus w chwale wśród świętych Celso, Juliana, Marcionilla i Basilissy”, dzieło Pompeo Batoniego z roku 1738 – i to nie jest pocztówka, to oryginał!

Idąc dalej, pod numerem 12 – Palazzo Alberini.

Palazzo Alberini

Ważny przykład renesansu, przypisywany samemu Rafaelowi, który wtedy zachwycał się dziełami Bramantego. Budowę rozpoczęto w 1515, ukończono w 1521 przez Pietro Rosselliego. Dzisiejsza fasada to już XIX-wieczna stylizacja – coś jak lifting w marmurze.

Naprzeciw, pod numerem 42 – Palazzo Gaddi.

Palazzo Gaddi

Na miejscu dawnego domu rodziny Strozzi, nabyty w 1518 r. przez bankiera Luigi Taddeo Gaddi. Fasada z boniowanym portalem i balkonem – idealna dla kogoś, kto lubi poranną kawę z widokiem na historię. W środku wewnętrzny dziedziniec z rzeźbami i fryzem. W latach 1544–1546 mieszkał tu Michał Anioł Buonarroti, więc można powiedzieć, że dom ma całkiem niezły rodowód. Dziś należy do ambasady Argentyny – tango z marmurem?

Kolejny przystanek to Palazzo del Banco di S. Spirito (nr 31), być może dzieło Bramantego, ale rekonstrukcję przypisujemy Antonio da Sangallo Młodszemu (1521–1524).

Palazzo del Banco di S. Spirito

Fasada wklęsła, elegancko pilastrowana, ze środkowym łukiem triumfalnym, w którym widzimy godło papieża Klemensa VII. Tu właśnie działała papieska mennica, przeniesiona z via dei Banchi Vecchi. Działała do roku 1541, potem została przeprowadzona do Watykanu, a budynek nazwano „Starą Mennicą”. W 1605 r. papież Paweł V założył tu bank Banco di S. Spirito, a na fasadzie dodano jego herb oraz dwie rzeźby: Dobroczynność i Oszczędność – choć miejscowi plotkują, że ta druga wygląda raczej na Obfitość po świętach.

Skręcamy teraz w lewo w urokliwą via dei Banchi Nuovi. Pod numerem 1–4 – dom, w którym mieszkał sam Carlo Maderno. Przypomina o tym pamiątkowa tablica z 1997 r. – wystawiona przez miasto, które z dumą przypomina: „Tu sypiał człowiek, który zaprojektował fasadę bazyliki św. Piotra!”.

Dom Carlo Maderno

Uliczka ma mnóstwo wąskich, malowniczych zaułków – idealnych do zgubienia się na pół godziny i odnalezienia własnej rzymskiej przystani.

Wchodzimy w via del Governo Vecchio. Mijamy XVI-wieczny Palazzo De Sangro, znany też jako Palazzo Boncompagni Corcos.

Palazzo De Sangro

Po przeciwnej stronie – plac Piazza dell’Orologio, z piękną dzwonnicą z 1648 r. wg projektu Borrominiego – geniusza z krzywą linią w sercu.

Budynek Zakonu św. Filipa oraz „Madonna z Dzieciątkiem” na jego rogu

Na rogu fresk „Madonna z Dzieciątkiem” z XVIII wieku – uroczy, skromny, prawie niezauważalny, ale wart spojrzenia. Tu znajduje się też drugi budynek Banco di S. Spirito.

Pod numerem 39 – Palazzo del Governo Vecchio. Budowany w latach 1473–1477 dla kardynała Stefano Nardiniego, gubernatora Rzymu z nominacji papieża Pawła II. Od 1624 r. oficjalna siedziba gubernatorów. Dziś niestety zrujnowany – jakby chciał powiedzieć: „Ja już swoje widziałem, zostawcie mnie w spokoju”.

Po lewej: Palazzo del Governo Vecchio; po prawej: Palazzetto Sassi Fornari

Pod numerem 48 naszej urokliwej uliczki znajduje się Palazzetto Sassi Fornari – niewielki, ale jakże uroczy pałacyk z XV wieku. Wchodząc do sieni, wypatrujcie tabliczki z napisem pełnym romantyzmu i plotkarskiego potencjału:
„QUAE RAPHAELI SANCTIO CLARVIT DILECTA HIC FERTUR INCOLUISSE”, czyli:
„Mówi się, że kobieta, która tu mieszkała, była droga sercu Rafaela”.

No i tu zaczynają się schody – nie tylko te marmurowe wewnątrz pałacyku. Nie chodzi bowiem o „wielką miłość życia” mistrza Rafaela Santi, a raczej o jedną z jego… nazwijmy to delikatnie… „szybkich inspiracji artystycznych”. Pamiętajmy, że nasz Rafael, obok pędzla i fresku, miał też talent do błyskawicznego nawiązywania relacji z przedstawicielkami płci pięknej. Jego sukcesy na tym froncie były tak imponujące, że współcześni mu zazdrościli niemal bardziej niż jego Madonn z Dzieciątkiem.

Drodzy panowie, przestańmy zazdrościć. Drogie panie, ocknijcie się z romantycznego zamyślenia. Czas ruszać dalej!

Pod numerem 104, po drugiej stronie ulicy, stoi solidny XV-wieczny dom, który niegdyś należał do adwokata Bartolomeo de’ Dossi. Skąd to wiemy? Spójrzcie tylko na fasadę zdobioną medalionami z portretami prawników – jakby Dossi chciał całemu światu pokazać, że zna kodeks lepiej niż własną żonę. Albo że był człowiekiem zasad… przynajmniej w marmurze.

Po lewej – Dom adwokata; po prawej – Palazzo Fonseca

Ruszamy kawałeczek dalej, pod numer 62, gdzie stoi Palazzo Fonseca – prawdziwy rzymski weteran, bo jego historia sięga XV wieku. W XVII stuleciu gmach nabył Gabriel Fonseca, lekarz samego papieża Innocentego X. Fonseca, Portugalczyk z sercem dla nauki i kiesą pełną dukatów, zrobił sobie tu wygodną bazę operacyjną. Ale nie na długo – w następnym wieku pałac przeszedł w ręce Róży Venerini, kobiety z misją większą niż jego medyczne recepty.

Święta Róża Venerini, założycielka Zgromadzenia Pobożnych Nauczycielek, otworzyła tu pierwszą rzymską szkołę swego zgromadzenia – poprzednie istniały tylko w Viterbo. Jej edukacyjna misja została doceniona dopiero po wiekach – kanonizował ją papież Benedykt XVI 15 października 2006 roku.

Teraz coś dla minimalistów – pod numerem 66 mamy najmniejszy dom w Rzymie. Ot, fasada wąska jak szczelina między kamieniami bruku i jedno, jedyne okno – być może idealne dla kogoś, kto nie znosi nieproszonych gości i potrzebuje tylko tyle światła, ile zmieści się na półce z książką.

Po lewej – najmniejszy dom w Rzymie; po prawej – Palazzo Romanini

Pod numerem 73 odnajdujemy Palazzo Romanini, zgrabną konstrukcję z XVI wieku. Pierwotnie należał do rodziny Floridi, ale z czasem nabyli go Romanini, dając pałacykowi nowe nazwisko i być może nowe zasłony w salonie.

W miejscu, gdzie nasza ulica spotyka się z placem, czyli pod numerem 84, stoi Palazzetto di Sisto V.

Palazzetto di Sisto V

Nazwa może brzmieć jak zapowiedź audiencji u papieża, ale… spokojnie. Co prawda budynek nabył kardynał Montalto, późniejszy papież Sykstus V, ale przeznaczył go dla… rodziny. Bo nawet żelazny papież miał miękkie serce dla swoich.

No dobrze – skoro już przy nim jesteśmy, warto się zatrzymać. Sykstus V, zwany też „Żelaznym Papieżem”, nie był człowiekiem, z którym chciałoby się zadzierać. Rozprawił się z przestępczością bez litości – tysiące bandytów, mnichów z kochankami i innych rzymskich celebrytów tamtych czasów trafiło na publiczne egzekucje. Jego panowanie było epoką, w której nie opłacało się mieć nic na sumieniu – nawet złamanej przysięgi na różaniec.

Wspierał Stefana Batorego i Zygmunta III Wazę, zwłaszcza tego pierwszego, w którym widział antytureckiego bohatera i wyzwoliciela Węgier.

Sykstus miał też zacięcie literackie. Stworzył Wulgatę Sykstyńską – w 1590 roku ogłosił ją jedynym słusznym tłumaczeniem Biblii. Nakazał zniszczyć wszystkie inne przekłady – w końcu, po co konkurencja? Zmienił układ rozdziałów, numerację wersów, trochę wyciął, trochę dopisał – jak na redaktora z ambicjami przystało. Gdy umarł, kardynałowie w panice zniszczyli wszystkie egzemplarze jego dzieła. Widocznie nie każdy miał serce do eksperymentów z Pismem Świętym.

Na szczęście jego działalność budowlana była znacznie lepiej oceniana: przebudował bazylikę laterańską, zbudował dwa akwedukty, położył fundamenty pod Schody Hiszpańskie, rozbudował Pałac Watykański i stworzył nowy gmach dla Biblioteki Watykańskiej. Kaplicy Sykstyńskiej NIE zbudował – ale nazwa faktycznie może wprowadzać w błąd.

Aha, i nie zapominajmy: uczynił kardynałem swego 14-letniego prasiostrzeńca, Alessandro Peretti de Montalto. Jak widać, nepotyzm nie jest wymysłem naszych czasów.

Wreszcie dochodzimy na Piazza di Pasquino – plac nazwany od najbardziej gadatliwego pomnika w dziejach Rzymu. „Pasquino” to fragment hellenistycznej rzeźby, przedstawiającej Menelaosa wspierającego umierającego Patroklesa. Znaleziono go w 1501 roku i umieszczono w rogu Palazzo Braschi (o którym powiemy kiedy indziej, bo nie wszystko naraz!).

Po lewej – Palazzo Braschi; po prawej – pomnik „Pasquino”

Pomnik szybko zaczął „mówić” – i to nie w metaforycznym sensie. Rzymianie przyklejali do niego karteczki z wierszykami i zjadliwymi komentarzami na temat władzy. Za pioniera uznaje się krawca imieniem Pasquino, który – jako że szył dla elity – wiedział wszystko o wszystkich. Tak zaczęła się era paszkwili – literackich strzałów w kolano możnych. Tradycja trwa – do dziś można zobaczyć tu dowcipne wierszyki kąśliwie komentujące aktualne wydarzenia.

Na koniec rzućmy okiem na niewielki, ale wdzięczny kościółek – Chiesa della Natività di Gesù.

Chiesa della Natività di Gesu

Powstał w 1692 roku, przeszedł kilka metamorfoz, a obecny wygląd zawdzięcza renowacji z 1862 roku. Portal w stylu neorenesansowym zaprojektował Andrea Busiri Vici, a wnętrze, choć jednonawowe, nie jest pozbawione uroku – z kolebkowym sklepieniem i dwoma bocznymi ołtarzami.

Stojąc przodem do posągu Pasquino, wybieramy uliczkę tuż po jego lewej stronie – Via di Pasquino. Niepozorna, wręcz skromna, jakby nie chciała konkurować z tą kamienną złośliwością w kącie placu. A jednak… prowadzi nas wprost ku temu, co wielu uważa za najpiękniejszy barokowy plac Rzymu, a może i całego świata – Piazza Navona. Gdyby Rzym miał koronę, Navona byłaby jej brylantem.

Piazza Navona
Piazza Navona o poranku

Ale zanim wciągnie nas barokowy wir, cofnijmy się do czasów, kiedy o baroku nikt jeszcze nie śnił. W 86 r. cesarz Domicjan, wielki miłośnik greckiej kultury (może nawet za bardzo, jak na gusta rzymskiej ulicy), postawił tu stadion – Stadio di Domiziano – dedykowany greckim zawodom sportowym. Tak, tak, nie gladiatorzy, nie dzikie bestie, tylko biegi, skoki i rzuty. Stadion mierzył 275 metrów długości i 106 szerokości, a na widowni mieściło się aż 30 000 osób. I wszystko pięknie, tylko że Rzymianie – ci twardzi chłopcy od legionów i lupanarów – uznali greckie igrzyska za niemoralne. Co innego, wiadomo, rzeź gladiatorów w Koloseum – to dopiero było wychowanie przez kulturę!

Nazwa placu wywodzi się właśnie od tych antycznych „agonów” (czyli zawodów). Wymowa ewoluowała jak plotka w rzymskiej tawernie: Agones – Agon – Agone – In Agone – Innagone – Nagone – Navone – Navona. Aż szkoda, że nie poszło dalej – byłoby Navonissima!

Zanim fontanny trysnęły wodą, trysnęło życie. W drugiej połowie XV w. zaczęto zabudowywać teren stadionu. W 1477 r. przeniesiono tu targ z Kapitolu – ot, barokowa wersja Lidla. W 1488 r. plac wybrukowano – wreszcie można było spacerować bez ryzyka ugrzęźnięcia w błocie po łydki.

Pierwsza z trzech fontann na placu to Fontana del Moro, czyli „Fontanna Maura”, choć niektórzy upierają się, że to raczej zuchwały tryton, który po urlopie w tropikach wrócił z opalenizną.

Fontana del Moro

Zbudowana w 1575 r. na zlecenie papieża Grzegorza XIII przez Giacomo della Porta, była pierwszą rzymską fontanną zasilaną wodą z akweduktu L’Acqua Vergine (zbudowanego w 19 r. p.n.e. przez Marka Agrypę – tego samego od Panteonu). W centrum stoi postać Maura, projektowana przez Gian Lorenzo Berniniego w 1654 r.. Delfiny, trytony i inne morskie stwory pojawiły się dopiero w XIX w. dzięki rzeźbiarskiej dłoni Luigi Amici. Późno przyszli na imprezę, ale przynajmniej wyglądają, jakby się dobrze bawili.

Na środku placu – tu już robi się poważnie – rozsiadła się dumnie Fontana dei Fiumi, czyli Fontanna Czterech Rzek, zbudowana w 1651 r. przez samego Berniniego, na zamówienie papieża Innocentego X.

Fontana dei Fiumi

Symbolizuje cztery najważniejsze rzeki ówczesnego świata znanego Europejczykom:

  • Nil – zakrywa głowę, bo źródła rzeki wciąż pozostawały tajemnicą. Albo może nie chciał patrzeć na konkurencyjny kościół, ale o tym za chwilę.

  • Dunaj – dumny przedstawiciel Europy, siedzi sobie na skale, choć niektórzy przewodnicy upierają się, że dosiada konia. Siedzi na skale, zaufajcie oczom.

  • Rio de la Plata – z ręką dramatycznie uniesioną, jakby właśnie sprawdził saldo konta po zakupach na via del Corso.

  • Ganges – spokojny, z orem w ręku – czyli atrybutem żeglowności. Nawet w fontannie trzeba dbać o PR.

Cztery gigantyczne postacie wspierają się na skale symbolizującej Chaos – jakby Bernini chciał powiedzieć, że z boskiego nieporządku wyłania się chrześcijański ład.

Posągi jako personifikacja czterech rzek

Po środku, nad rzeźbami, wznosi się obelisk, który Bernini przeniósł z Via Appia. Na jego szczycie umieszczono gołębia z gałązką oliwnąherbowy symbol rodu Pamphilj, do którego należał papież Innocenty X.

Fontanna to manifest: „Papież panuje nad światem – nie tylko duchowo, ale i geograficznie”. Żeby nikt nie miał wątpliwości.

A teraz czas na ulubioną rzymską anegdotkę – pełną jadu, ironii i… barokowego ego. Podobno postać Nilu zasłania oczy, bo nie może patrzeć na brzydotę kościoła Sant’Agnese in Agone, zaprojektowanego przez Borrominiego – artystycznego nemezis Berniniego. Z kolei Rio de la Plata wyciąga rękę w geście ochronnym, jakby się bał, że świątynia zaraz się zawali. Problem w tym, że… kościół powstał później niż fontanna. Ale kto by się tam przejmował faktami, gdy plotka jest tak smakowita!

Na północnym końcu placu znajdziemy ostatnią z fontann – Fontana del Nettuno.

Fontana del Nettuno

Zaprojektowana również przez Giacomo della Porta, ale – uwaga! – postać Neptuna dodano dopiero w 1878 r., by zadowolić gusta „pełnej kompozycji”. Autorem boga mórz był Antonio della Bitta, a jego podwodne entourage dorzucił Gregorio Zappalà. Bo bez Neptuna fontanna to jak spaghetti bez sosu.

Zanim opuścimy plac, przypomnijmy jeszcze jedną osobliwość: od 23 czerwca 1652 r., z polecenia papieża Innocentego X, plac raz do roku zalewano wodą, tworząc sztuczne jezioro. Rzymianie uprawiali wówczas sport ekstremalny: przeprawę przez Navonę konno lub bryczką, ku uciesze gawiedzi. Zabawy trwały aż do 1866 r., kiedy Pius IX stwierdził, że już wystarczy tych mokrych szaleństw. Zalewanie miało swój koszt – centralna część placu lekko się zapadła, co naprawiono w 1870 r., układając podniesiony chodnik.

Na koniec warto wspomnieć, że plac Navona nie porzucił swojej jarmarcznej przeszłości. Każdego roku, w okresie Bożego Narodzenia, plac zamienia się w bajkowy targ świąteczny, pełen bombek, światełek i… Befany. Ta starożytna wiedźma na miotle – włoska kuzynka Świętego Mikołaja – 6 stycznia przynosi grzecznym dzieciom prezenty, a niegrzecznym… węgiel. Legenda głosi, że nie zdążyła na narodziny Jezusa, więc teraz odwiedza każde dziecko – bo któż wie, które z nich jest tym wyjątkowym?

I tak oto Piazza Navona – z amfiteatru i rynku, przez jezioro i pole bitwy artystów – stała się sercem barokowego Rzymu. Bijącym, żywym, głośnym i nieco teatralnym. Ale, jak wiadomo, w Rzymie nawet fontanny mają więcej ekspresji niż niejeden aktor.

Przejdźmy się zatem dookoła placu, bo Piazza Navona to nie tylko barokowy zawrót głowy, ale i arena dramatów, cudów, miłości – niekoniecznie odwzajemnionej – i władzy absolutnej w rękach… kobiety!

Naprzeciw centralnej fontanny (tej z czterema panami-geografiami od Berniniego) wznosi się majestatycznie kościół Sant’Agnese in Agone.

S. Agnese in Agone
Kościół S. Agnese in Agone nocą

Budowę rozpoczęli Girolamo i Carlo Rainaldi w 1652 roku, lecz jak to bywa w Rzymie, architektoniczna pałeczka została szybko przekazana w bardziej ekscentryczne ręce: Francesco Borromini przejął projekt i dokończył świątynię w roku 1657. I choć Borromini miał temperament artystyczny równie burzliwy jak rzymska polityka, to jednak stworzył dzieło absolutnie zjawiskowe – jak na konkurenta Berniniego przystało.

Świątynia stoi na miejscu dawnej kaplicy z 304 roku, zbudowanej dokładnie tam, gdzie według tradycji poniosła męczeńską śmierć św. Agnieszka. I tu zaczyna się historia, która niejednemu Hollywoodowi dałaby materiał na oscarowy scenariusz.

Agnieszka – lat 12, urody olśniewającej – wracała sobie spokojnie do domu, gdy nagle jej oczęta ujrzał Swetoniusz, syn lokalnego notabla. Chłopak zakochał się od pierwszego wejrzenia i zaproponował ślub (nie wiedzieć czemu, bez pierścionka). Ona jednak z wdziękiem i godnością odmówiła – twierdząc, że jest już „zaręczona” z kimś ważniejszym. Tym kimś był Bóg, a Swetoniusz zrozumiał to niestety dopiero po fakcie.

Ojciec chłopaka – urażony w dumie, której i tak miał już w nadmiarze – kazał Agnieszkę poddać torturom. Tu, dokładnie w tym miejscu, gdzie dziś turysta wciska euro za pocztówkę z fontanną. I wtedy zaczęły się dziać rzeczy… no, cudowne.

Agnieszkę rozebrano i wystawiono na pośmiewisko, ale oto – cud numer jeden! – w mgnieniu oka wyrosły jej długie włosy, które zakryły jej ciało jak najpiękniejszy barokowy welon. Świadkami tego zjawiska miało być 160 osób, które natychmiast się nawróciły. Ot, skuteczność ewangelizacji: jeden cud, 160 dusz!

Niestety dla oprawców to był dopiero początek problemów. Gdy wrzucono ją do ognia, płomienie jej nie tknęły. Ostatecznie ścięto ją mieczem, a ciało pochowano przy via Nomentana, gdzie dziś wznosi się bazylika Sant’Agnese fuori le mura – czyli Agnieszka „za murami”, ale zdecydowanie w centrum naszej uwagi.

Spójrzmy teraz na sam kościół. Fasada? Wklęsła, jak na Borrominiego przystało – ten człowiek naprawdę nie znosił linii prostych. Do tego potężna kopuła, dwie wieże i wnętrze na planie krzyża greckiego, które wygląda jak barokowa galeria sztuki w najlepszym wydaniu.

Kopuła opiera się na ośmiu kolumnach, a dekorują ją freski Ciro Ferri z roku 1689 oraz pióropusze malowane ręką Baciccia w 1665. I nie – „pióropusze” to nie przenośnia. Malarz naprawdę uznał, że niebo wygląda najlepiej, gdy fruwa tam gromada cherubinów z barokowymi piórkami.

Kopuła Kościoła S. Agnese in Agone

W ołtarzach bocznych (zaczynając od prawej) zobaczymy prawdziwy panteon barokowej rzeźby i malarstwa:

  • „Śmierć św. Aleksego” – pędzla Giovanni Francesco Rossi;

  • „Św. Agnieszka w ogniu” – figura anonimowa, ale dramatyczna jak trzeba;

  • „Męczeństwo św. Emerencjana” – relief autorstwa Ercole Ferrata;

  • „Święta Rodzina i Aniołowie” – dłuta Domenico Guidi, w ołtarzu głównym;

  • „Męczeństwo św. Cecylii” – rzeźba Ercole Antonio Raggi;

  • „Św. Sebastian” – pełen bólu i gracji posąg od Pietro Paolo Campi;

  • „Św. Eustachy wśród zwierząt” – relief Melchiorre Caffà, bo nawet święci potrzebują zwierzaków.

Nad wejściem wita nas pomnik papieża Innocentego X, pochowanego – jak przystało na głowę rodu Pamphilj – w krypcie po lewej stronie ołtarza. Pomnik wyrzeźbił G.B. Maini w roku 1730, a papież z marmuru patrzy na nas z niezadowoleniem, jakby pytał: „Gdzie jest moja Olimpia?”

A teraz zejdźmy w głąb ziemi, do miejsca, gdzie historia dosłownie leży u naszych stóp. W ścianie po prawej stronie kościoła, dokładnie przy drugim ołtarzu, kryje się niepozorne wejście prowadzące do podziemi świątyni S. Agnese in Agone. Tam, niczym ukryty skarb, czekają na nas resztki starożytnego cyrku cesarza Domicjana – tego samego, który bardziej od polityki kochał widowiska.

Wnętrze zachowało oryginalny chodnik rzymski, po którym być może przechadzał się sam Domicjan w sandałach made in Roma. Jeśli przyłożycie ucho do kamienia (ostrożnie!), może usłyszycie echo wiwatów rzymskiego tłumu… albo kroki legionisty.

A jeśli ktoś nie przepada za klaustrofobią, niech się nie martwi – pozostałości cyrku można także zobaczyć z zewnątrz, od strony ulicy via Zanardelli. Kawał historii na wyciągnięcie ręki, a wszystko to – gratis!

Ruiny Stadio Domiziano

Tuż obok kościoła, niczym barokowy kolos przyczajony do skoku, rozciąga się monumentalny Palazzo Pamphilj.

Palazzo Pamphilj

Budowany w latach 1644–1650, według projektu Girolamo Rainaldiego, przypomina o czasach, gdy Rzym nie tylko był centrum świata, ale i miejscem, gdzie architekci mieli więcej do powiedzenia niż kardynałowie.

Główna część pałacu to czterokondygnacyjna jednostka centralna, do której po bokach przylegają dwa trzypiętrowe skrzydła – jak ramiona władczyni obejmujące plac.

Wnętrza? Ach, to istne freskowe szaleństwo! Ściany i sufity zdobią prace takich mistrzów jak Giacinto Gimignani, Agostino Tassi, Andrea Camassei, Gaspard Dughet, Giacinto Brandi oraz sam Pietro da Cortona, który pędzlem potrafił sprawić, że marmur wyglądał jak aksamit.

Ale to jeszcze nic. Bo prawdziwą gwiazdą tego pałacu była nie żadna Madonna, lecz Donna Olimpia Pamphilj – niepokorna bratowa papieża Innocentego X, zwana niekiedy (szeptem, rzecz jasna) „la Papessa”. Władcza, przebiegła, z koneksjami lepszymi niż dzisiejszy Instagram influencer. Za jego pontyfikatu to ona trzymała w ryzach nie tylko rodzinę, ale i cały Watykan. A jak ktoś miał wątpliwości, to długo nie miał…

Dziś pałac nieco złagodniał. Mieści się tu Ambasada Brazylii, a także Dom Brazylijczyka i Centrum Kultury Włosko-Brazylijskiej. Zamiast rozkazów i intryg – uśmiechy, samba i espresso. Taki los!

Zerknijmy teraz na przeciwległą stronę Piazza Navona, gdzie dostojnie prezentuje się kościół Chiesa di Nostra Signora del Sacro Cuore.

Chiesa di Nostra Signora del Sacro Cuore

Zbudowany w 1450 roku, według projektu Bernardo Rossellino, był świadkiem więcej niż jednego pokolenia wiernych, remontów i politycznych zawirowań. W XVI wieku wzięli się za niego Antonio da Sangallo Młodszy, a ostateczny wygląd zawdzięcza Luce Cariminemu, który w 1879 roku dopiął wszystko na ostatni guzik (lub raczej gzyms).

Kościół reprezentuje tzw. typ halowy, co oznacza, że trzy nawy mają tę samą wysokość – architektoniczny ukłon w stronę harmonii i skromnej symetrii, która w epoce wielkich gestów była rzadkością. Całość robi wrażenie: spokojne, eleganckie wnętrze, które działa na duszę jak dobry sonet.

Piazza Navona w nocy

I tak oto, mili Państwo, dobrnęliśmy do końca naszej trzeciej wspólnej wędrówki po wiecznym mieście. Ale zanim się rozstaniemy, jedna rada – Piazza Navona trzeba zobaczyć co najmniej trzy razy. Tak jest, trzy. Nie mniej!

  • O poranku, gdy plac jeszcze ziewa, a słońce leniwie przeczesuje fasady ciepłym światłem. To chwila dla fotografów, poetów i tych, co lubią kawę bez tłumu.

  • W południe, gdy artystyczna menażeria osiąga apogeum: turyści robią selfie z fontanną, malarze sprzedają marzenia na płótnie, grajkowie śpiewają miłosne serenady, a powietrze przesycone jest aromatem świeżych gelato i espresso al volo.

  • I wreszcie wieczorem lub nocą, kiedy plac znowu staje się miejscem niemal intymnym. Światła latarni odbijają się w mokrym bruku, pary snują się leniwie jak melodia akordeonu, a w powietrzu wisi coś pomiędzy magią a winem. Idealny moment na oświadczyny – niech Cupido działa!

Na koniec zostawiam Was z nieco prowokacyjnym, lecz prawdziwym powiedzeniem młodych Rzymian:

„Jeśli nie pojawiasz się wieczorami na Piazza Navona, to znaczy, że nie istniejesz.”

Więc… dajcie się zauważyć! Do zobaczenia na Piazza Navona. Ciao!

——————————-
Podoba Ci się Spacerownik po Rzymie? Postaw nam kawę, przy kawie teksty szybciej się piszą 😜

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Bibliografia:

  • C. Rendina, Le Chiese di Roma, Newton & Compton Editori, Milano 2000;
  • Giorgio Carpaneto, I palazzi di Roma, Roma, Newton & Compton, 2004;
  • Claudio Rendina, Donatella Paradisi, Le strade di Roma. Roma, Newton Compton Editori, 2004;

Być może zainteresuje Cię również:

2 komentarze

Zostaw komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Ta strona używa Akismet do redukcji spamu. Dowiedz się, w jaki sposób przetwarzane są dane Twoich komentarzy.